Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 230 345 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

skazane na zabijanie

poniedziałek, 27 lutego 2006 22:06
http://kobieta.interia.pl/news?inf=656956

Nazywają je Czarnymi Wdowami, szahidkami, smiertnicami... Kim są czeczeńskie
terrorystki, które ze swojej śmierci uczyniły straszliwszą broń?


Zwykło się je porównywać do dziewczyn z Palestyny, które też omotane "pasami
szahida" wchodzą w tłum osób uważanych za wrogów. Jeden gest: naciśnięcie
guzika i wokół kłębią się porozrywane, unieruchomione śmiercią ciała.

Kobietom Palestyny wystarcza wiara w Allaha i nienawiść w imieniu narodu.
Czeczenki mszczą się w imieniu własnym. Za krzywdy im wyrządzone, o których
świat milczy. Dlatego one krzyczą najgłośniej jak można: wysadzając siebie i
innych. I skazują się na potępienie jako terrorystki.

Śmierć tajna, śmierć jawna

6 lutego 2004 roku. Dziewiąta rano. Przed godziną za stacją metra
Awtozawodskaja ładunek wybuchowy zamienił w krwawą masę pasażerów drugiego
wagonu.

27 listopada 1999 roku. Na Bazar Centralny w Groznym spadają dwie ogromne
bomby. Ich podmuch rozrywa ludzi od wewnątrz. Po paru minutach wśród
bazarowych bud dogorywają 273 osoby. O masakrze w Groznym Rosjanie nie
wiedzą nic. W dzisiejszej Rosji to nie są informacje dla mediów. O tragedii
w moskiewskim metrze natychmiast jest głośno. Władze informują, że
pięciokilogramowy ładunek wybuchowy wiozły ze sobą dwie kobiety smiertnice.
Czeczenki. Nienawiść Rosjan sięga apogeum.

Wieczna wojna

Czeczeni - jedyny naród Kaukazu, który dobrowolnie nie poddał się Rosji.
Maleńka Czeczenia leży na drodze między Morzem Kaspijskim a Morzem Czarnym.
Dla wielkiego sąsiada łakomym kąskiem były jej żyzne pola i dochody z
tranzytu. Carowie sięgnęli po nie w XVIII wieku i tak się zaczęło. Czeczeni
bronili swej ziemi jak żaden inny naród Kaukazu. Im więcej ich hardości, tym
więcej zajadłości najeźdźcy. Już wtedy carski generał Jermołow palił wioski,
pola, ludzi. Czeczeni najdłużej opierali się też bolszewikom. Ich republikę
siłą wcielono do ZSRR w 1921 roku. Gdy po rozpadzie Związku Radzieckiego w
1991 roku prezydent Jelcyn, przejeżdżając przez republiki rozpadającego się
molocha, mówił: "Bierzcie tyle suwerenności, ile możecie przełknąć",
Czeczeni potraktowali to poważnie. Na swoje nieszczęście.

Pierwsze bomby spadły na stolicę kraju Grozny w grudniu 1994. I padały do
1996 roku. Potem prezydent Czeczeńskiej Republiki Asłan Maschadow i
prezydent Rosji podpisali umowę pokojową. Ale w 1999 roku kolejny gospodarz
Kremla - Władimir Putin - rozpoczął na nowo krwawą wojnę.

Bezkarna armia

Już piąty rok nie rozbierają się na noc. Budzi je szmer. Dzieci kładą przy
sobie jak najbliżej, by szybko móc je osłonić. Dokumenty trzymają pod ręką,
by szybko móc je pokazać. Na wypadek "zaczystki". Gdy wedrą się tamci:
pijani, brudni, naćpani. Jedni będą wrzeszczeć, bić kolbami, kopać.
Mężczyznom łamać żebra podkutymi butami. Głowę rozwalać kolbą. Inni wyrzucą
wszystko z szaf i załadują na czołg, na wóz pancerny... Jeszcze inni dopadną
dziewczynę, kobietę, staruszkę i zrobią to, co najstraszliwszego można
zrobić czeczeńskiej kobiecie: zhańbią ją. Bezkarność rosyjskiego żołnierza w
Czeczenii jest zupełna. Okrucieństwo ćwiczone. Zhańbionej nikt nie weźmie za
żonę. I hańba musi być pomszczona. To zadanie mężczyzn rodu. A co robić, gdy
mężczyzn zabraknie? Mścić się samej?

Ale po "zaczystce" nie ma czasu na myślenie o honorze. Kobiety rzucają się
na poszukiwanie swoich mężczyzn - mężów, synów, ojców, braci - wepchniętych
na wóz pancerny i wywiezionych w nieznanym kierunku. Będą biegać po
komendanturach wojska i milicji, składać podania w prokuraturze cywilnej
oraz wojskowej, pisać do Dumy i do prezydenta.

W najlepszym wypadku otrzymają odpowiedź, że nic nie można zrobić, bo
"przestępcy ustalić się nie dało". Ktoś im wreszcie powie - z przyjaźni lub
za pieniądze - gdzie, w jakich kazamatach ich mężczyzna się znajduje. I
jeśli szybko uda im się go wykupić, otrzymują półtrupa. A jeśli nie -
gdzieś, kiedyś, na poboczu drogi lub śmietnisku, gdzie "federały" wyrzucają
zwłoki, będą się zastanawiać, czy te zmasakrowane szczątki, na które patrzą,
są im znane.

Czeczenki jeżdżą po kraju. Najpierw w poszukiwaniu mężczyzn, potem w
poszukiwaniu ich zwłok. Jeżdżą i zaglądają w puste oczodoły, przewracają
tułów gnijący w mogile zbiorowej, by sprawdzić, czy na plecach jest jego
znamię. Często słyszałam: "Zabiłabym ich!". Nigdy: "Zabiłabym siebie".
Obyczaj zabrania. Islam zabrania.

Podziwiana, potępiana

A jednak 29 listopada 2001 roku 20-letnia Ajza Gazujewa zrobiła to. Najpierw
długo przechadzała się przed sztabem wojskowym w Urus Martanie. Czekała na
komendanta Gejdara Gadżijewa. Gdy podjechał, krzyknęła: "Poczekaj!". I
rzuciła się ku niemu. Wybuch. Głowę Ajzy odrzuciło o parę metrów. Komendant
zmarł nazajutrz. Ajza kochała dwóch mężczyzn: brata i męża. Brat podczas
"pierwszej wojny" (1994-1996) nadepnął na minę. Amputowano mu obie nogi.
Długo trwało, zanim zaczął poruszać się o kulach. Wiosną 2001 roku wyszedł
na pierwszą przechadzkę po wsi. Niedaleko stał samochód z żołnierzami.
Śmiali się: "Jeszcze podskakujesz?". I zastrzelili go. Dla żartu. Niedługo
potem jej męża zabrali podczas "zaczystki". Zdążyli przeżyć z Alichanem
kilka miesięcy, bardzo się kochali. Alichana torturowano. Zajmował się nim
sam Gadżijew.

Psychologia tortur zna doskonale prawidłowość zmuszającą tego, kto ich
dokonuje, do eskalacji przemocy. Po przekroczeniu naturalnych barier
człowieczeństwo przestaje istnieć. Pijany Gadżijew wezwał Ajzę, rozpruł
brzuch Alichanowi, a w buchający krwią otwór wepchnął głowę dziewczyny...

Ajza po samobójczej zemście stała się bohaterką. Czeczeni nie pochwalają
tego, co zrobiła, ale ją rozumieją. Podziwiają. Mówią o niej nawet wrogowie.
Historia Ajzy opisana została w materiale dokumentującym zbrodnie Czeczenek,
sporządzonym na zlecenie rosyjskiego MSW.

Słowa Ramzana

Sierpień 2002 roku, moja kolejna podróż do Czeczenii. Straszny upał.
Obowiązujący tu strój - czyli chustka na głowie, rękawy za łokieć, długa
spódnica - nie wzbudzają mojego zachwytu. I to jeszcze w rozpalonej puszce
samochodu.

Stoimy z Ramzanem na obrzeżu Groznego. Dorabia jako kierowca. Bez pomocy
ludzi takich jak on, dziennikarz do Czeczenii się nie dostanie. Zabronione.
Dozwolone są tylko grupowe wyjazdy organizowane przez urzędników z Kremla.

Znałam Ramzana już ponad miesiąc, ale nie odważyłam się pytać go o
cokolwiek, co mogłoby się wiązać z partyzantami i z ruchem oporu, choć jasne
było, że jest "od nich". Wtedy też rozmawialiśmy o czymś neutralnym, gdy
nagle Ramzan pochylił się i szepnął mi do ucha: - Powiem ci coś, o czym nikt
jeszcze nie wie. Przygotowujemy akcję w Moskwie, jak w Palestynie. Na wzór
szahidów. Skończymy wojnę. Zobaczysz.
- Eee tam, opowiadasz... - nie chciałam wierzyć. Czeczeni lubią stroszyć
pióra, chwalić się, zmyślać...
- Zobaczysz! - zrobił się poważny. Zacięty.
- Nie róbcie tego. Świat będzie wami gardził.
- Co nam z tego świata?! Czy nam pomógł? Patrzy obojętnie, jak nas
zarzynają. Nam już wszystko jedno. Nie mamy nic do stracenia.

Kobiety na pokaz

Przypomniałam sobie tę rozmowę, marznąc pod teatrem na Dubrowce w noc przed
szturmem. Ale jak wtedy w lecie, tak i teraz nie rozumiałam, jaka siła
przekonała Czeczenów do zbiorowego samobójstwa. I to publicznie! Znam ich
trochę. Cały ten teatr, te kobiety na pokaz - to wszystko było sztuczne,
obce. Stroje szyte jak na zamówienie. Nieczeczeńskie. Dziwne.

23 października 2002 roku oddział 44 terrorystów, wśród nich ponad 20
kobiet, wtargnął do teatru przy ulicy Dubrowka w Moskwie w trakcie spektaklu
"Nord-Ost". Był to jedyny akt terrorystyczny, w którym Czeczeni artykułowali
żądania: Qyprowadzić wojska! Zacząć rozmowy pokojowe!

Zdumiony świat patrzył na czarne szaty kobiet i nie do końca rozumiał, o co
chodzi w tym spektaklu zamienionym w straszliwy dramat przez rosyjską
milicję, która na rozkaz władz najwyższych zagazowała teatr. Zginęło 129
osób. Wcześniej z rąk terrorystów - pięć. O dziewczynach z "Nord-Ostu" mówią
w Czeczenii niechętnie. Najczęstsza odpowiedź na pytanie - spłoszony wzrok,
napięcie, milczenie. Strach. Ich domy spalili rosyjscy żołnierze. Rodziny -
o ile nie zabito ich na miejscu lub nie wsadzono do jakiejś katowni -
uciekły.

Wiele wody upłynęło, nim pojęłam, że tajemnicy smiertnic strzegą dwie siły:
rosyjska i czeczeńska. Rosyjskie służby specjalne i czeczeńscy radykalni
islamiści - wahabici. Siły niebezpieczne. Pozornie wrogie sobie. Wiele
jednak wskazuje na to, że ze sobą powiązane.

Wybuch, którego nie było

W sąsiadującym z Czeczenią Dagestanie wahabizm istniał od dawna, ale nie był
groźny. Czy to tylko zbieg okoliczności, że stał się problemem w 1996 roku,
gdy Czeczenia wywalczyła sobie niewielką niezależność? To właśnie wtedy
usłyszeliśmy o porwaniach cudzoziemców w Czeczenii, zobaczyliśmy głowy
Anglików zatknięte w śnieg i film wideo, na którym Czeczen pastwi się nad
rosyjskim żołnierzem. Dziś wiadomo, że wiele z tych potępianych przez
światową opinię publiczną zbrodni to właśnie sprawki wahabitów. Jednak wina
za terror spływa na cały czeczeński naród i wszyscy mieszkańcy republiki
traktowani są dziś jak zbrodniarze, którym nie przysługują podstawowe
ludzkie prawa. Wojna pod hasłem walki z terroryzmem usprawiedliwia przed
światem wszystko.

W 1999 roku, kiedy wylatywały w powietrze moskiewskie domy, natychmiast
stwierdzono, że to dzieło czeczeńskich terrorystów. Szef Federalnej Służby
Bezpieczeństwa Władimir Putin ogłosił bezlitosną walkę z czeczeńskim
terroryzmem. I został prezydentem.

Wiele wskazuje jednak na to, że straszliwe akty terrorystyczne mogły być
inspirowane przez rosyjskie służby specjalne. W Rosji nie dopuszczono na
przykład do stworzenia komisji parlamentarnej badającej okoliczności
zamachów, a związane z nimi procesy toczyły się za zamkniętymi drzwiami.
Ponadto francuski film, który był niezależnym śledztwem w tej sprawie i
sugerował związki sprawców ze służbami specjalnymi, nie został, podobnie jak
napisana na ten temat książka, dopuszczony do rozpowszechniania w Rosji.
Były też inne dziwne fakty. Przewodniczący Dumy Giennadij Selezniow,
ogłaszając wiadomość o wysadzeniu domu w Moskwie, wymienił też nazwę
miejscowości Wołgonowsk, w której wybuch nastąpił dopiero później. A
próbujący wyjaśnić sprawę zamachów Siergiej Juszenkow został zastrzelony
przez nieznanych sprawców w kwietniu 2003 roku.

Atrapa zemsty

Społeczeństwo rosyjskie, choć niewiele wie o dramacie czeczeńskim (telewizja
podaje wyłącznie wersję Kremla), nie chce wojny. Chce pokoju. Inaczej niż
władza, której na rękę jest stały wróg. "Palestyński scenariusz" w Czeczenii
pozwala na ogłoszenie światu, że Rosja toczy walkę z "terroryzmem
międzynarodowym". A któż lepiej tę "palestyńskość" potwierdzi niż
kobiety-szahidki? Zrozpaczonych w Czeczenii nie brakuje. I rozpacz
wystarczy, by naprowadzić ich na "właściwy" tor. Jak Luizę Bakujewą z
Arguna. Luizę, która tak naprawdę umarła 16 maja 2001 roku. Wspomina mi o
niej Abubakar - mój przewodnik, kierowca, opiekun. Wie, że poszukuję
informacji o szahidkach. Dziś w Czeczenii to bardzo niebezpieczny temat. A
Abubakar ma pięcioro dzieci. Chce żyć, więc milczy. Ale pewnego dnia, gdy
podczas kolejnej "zaczystki" w jego rodzinnym Argunie zgwałcono kilka
dziewcząt, ni stąd, ni zowąd opowiada mi tę historię. Przyjaźnił się z mężem
Luizy. Po jego śmierci opiekował się nią i dzieckiem. - Nie była
ślicznotką - mówi Abubakar. - Ani młódką. Kiedy wyszła za mąż, miała 29 lat.
Stanowili nietypowe dla Czeczenów małżeństwo. Mąż ją tak kochał, że nie
wstydził się o tym mówić, co przecież Czeczenowi nie przystoi. Tak jak i
pytać żonę przy innych o radę. Ale on był dumny z jej mądrości. Mieli
trzyletnią córeczkę. Jedynaczkę. Luiza więcej dzieci mieć nie mogła.

16 maja 2001 roku była "zaczystka". 17 pijanych żołnierzy wpadło do jej
domu. Na piecu stał kocioł z wrzątkiem: Luiza zabierała się do prania.
Żołnierze wrzucili do wrzątku dziecko. Śmiejąc się, przytrzymywali Luizę,
nie pozwalając jej na żaden ruch. A potem ją gwałcili. Wszyscy. Butelką też.
Na jej ciele gasili papierosy. Nożami wycinali krzyże.

Nie posiwiała, nie zwariowała. Pewnego dnia zniknęła i zobaczono ją dopiero
na scenie "Nord-Ostu". Poszła się mścić... Choć niekoniecznie umierać:
ładunki wybuchowe w pasach szahidek były atrapami. Kiedy zaczął się szturm,
niektóre z szahidek rozpaczliwie łączyły przewody swoich "bomb". Potwierdza
to m.in. dochodzenie niezależnej komisji stworzonej przez byłych zakładników
"Nord-Ostu" i zeznania naocznego świadka, byłego zakładnika Nikołaja
Lubimowa.

Czy zdawały sobie z tego sprawę? Wiedziały, że mają zastraszyć Putina,
doprowadzić do pertraktacji. Wiedziały, że decydują się na krok ważny dla
ich ojczyzny. Ale śmierć nie była pewnikiem. Była jedną z możliwości.
Tragicznym wariantem.

Dom jak inne

Dokąd udawały się te nieszczęsne kobiety po tym, gdy podjęły decyzję? Tam,
gdzie nauczono je odpowiednich zachowań, wyposażono w dziwne szaty, dano
pieniądze na podróż (niektóre miały bilety powrotne), wsparto Allahem.
- Gdzie to jest? No, gdzie? - pytam Zaretę, moją przewodniczkę.
- Chcesz się narazić dla głupiej ciekawości? - odpowiada zniecierpliwiona. -
Wiesz, czym to grozi...
Jestem zmęczona. Śmiertelnie zmęczona, choć przecież nic złego mnie nie
spotkało. Tkwię w miejscu, które nazywa się ulicą, choć jest szerokim
tunelem wśród ruin. Jak cały Grozny, jak niemal cała Czeczenia. Jest mi
zimno, znowu mam przemoczone buty, zapomniałam, że tutaj kałuże zamieniają
się w morza w nie do końca zasypanych lejach po bombach albo wyrwach po
pociskach. Jestem zmęczona nocami przespanymi w brudnej pościeli, bo z
kranów w Groznym od lat nie cieknie woda. Jestem zmęczona strzelaniną po
nocach i wybuchami min w dzień. Jestem zmęczona poszukiwaniem ludzi "w
ciemno", bo przecież zatelefonować nie można w tej przestrzeni bez
łączności, gdzie działa tylko kilka rozmównic publicznych, a na posiadanie
komórki wydaje zgodę służba bezpieczeństwa. Jestem zmęczona spojrzeniami
pełnymi wyrzutu, że my, dziennikarze, nie potrafimy przewrócić świata do
góry nogami, by uświadomić politykom ich cynizm i fałsz. Jestem tak
zmęczona, że mi wszystko jedno i dlatego mówię, że chcę przynajmniej wejść
TAM.

Dom jak inne. Daleko od centrum. Zareta coś szepcze kobiecie, która
otworzyła nam furtkę. - Na twoją odpowiedzialność - mówi do mojej
przewodniczki kobieta. Wchodzimy. Zdejmuję buty. W głównym, dużym pokoju
słyszę głośne szepty. Wchodzę i zastanawiam się, kto jest bardziej
zdenerwowany: ja czy te sześć dziewcząt. Na pewno nie młody człowiek w
panterce, odkładający właśnie automat. Dozorca? Nauczyciel?

O co mam pytać? Czy chcą umrzeć? Pewnie chcą, jeśli tu przyszły. Dlaczego
przyszły? Wiem: gwałcono je, rozstrzeliwano na ich oczach najbliższych.
Wpatrują się we mnie. Milczą. Wreszcie jedna pyta: - Czy wy tam w Europie w
ogóle wiecie, gdzie jest Czeczenia? Pyta zadziornie i wesoło. Śmiejemy się.
Wszystkie. Oprócz człowieka z bronią. Nie mogę sobie wyobrazić tej drobnej,
wesołej blondynki rozerwanej bombą.

Czy prawdą jest to, o czym gdzieniegdzie wspominają rosyjskie media: że
kobiety przed akcją faszerowane są narkotykami? Czy ich rozpacz naprawdę
wykorzystywana jest jako narzędzie walki jakiegoś odłamu czeczeńskich
wahabitów i rosyjskich służb specjalnych, by Kreml mógł podsycać mit o
terroryzmie międzynarodowym w Czeczenii i ostatecznie spacyfikować ten kraj?
Biedne dziewczyny. Chcą umierać w imię narodu, a swą śmiercią pogrążają go w
nicość. Bo nie ma przyczyny, dla której świat mógłby współczuć mordercom. A
ślepa zemsta na niewinnych, przypadkowych ludziach jest zbrodnią, której nic
nie usprawiedliwi. I tylko kilka pytań zostaje bez odpowiedzi: dlaczego
właśnie Arbi Barajew, handlarz zakładnikami i morderca, który jeździł
swobodnie po Czeczenii, legitymując się dokumentami oficera rosyjskiego MSW,
zorganizował pierwszy akt terrorystyczny z udziałem kobiety-smiertnicy? I
dlaczego wszystkie terrorystki z "Nord-Ostu" uśpione gazem zastrzelono,
zamiast aresztować? I dlaczego wreszcie do domu, do którego trafiam ja, nie
może trafić oddział do walki z terroryzmem?

Uśmiech Asi

Wrzesień 2003 roku. Jedna ze stolic Europy Wschodniej. Wieczór. Do samochodu
wsiada szczupły młody człowiek. Niezbyt przyjemnie pachnie: w obozach dla
uchodźców kiepsko funkcjonują łazienki, a pieniędzy jest tak mało, że i na
pastę do zębów brakuje. Nie chce wyjawić swego nazwiska. Odpowiada
półsłówkami. Boi się. Ucieka przed "ruskimi". Jest bratem jednej z NICH. To
ją pokazywała telewizja dzień po dniu, gdy rozgrywał się dramat. Pociągła
twarz, duże oczy, długie łuki brwi, spojrzenie śmiałe - prosto w kamerę.

Asia miała 28 lat. Była nauczycielką. Kończyła studia na uniwersytecie w
Groznym. Czterech braci. Najstarszemu podczas tortur odbito nerki i płuca.
Średni, też po torturach, został kaleką na całe życie. Najmłodszego
zastrzelono nocą. Ostatni - Achmed - właśnie rozmawia ze mną. I miała dwóch
mężów. Obaj walczyli. Pierwszy poległ w 1996 roku. Drugi na początku 2002
roku. Pewnego dnia Asia znikła. Matce powiedziała, że jedzie do Rostowa na
badania. Leczyła raka piersi. Zostawiła trzyletnią córeczkę. Mój rozmówca z
trudem mówi o siostrze. Ona jest daleko, odeszła. Już nie ma kłopotów. O
wiele bliżej jest 18-osobowa rodzina z powodu Asi metodycznie unicestwiana.
Ich dom był pierwszym, który po "Nord-Oście" wyleciał w powietrze. Tuż przed
obłożeniem go dynamitem wyrzucono śpiących w nim tak, jak stali. Matkę i
ojca zastrzelono. Siostrę Asi uratowało inne nazwisko. Jej czteroletni synek
podszedł do żołnierza i zapytał: - Zabijesz mnie? Żołnierz nie zabił.
- Czy Asia dobrze zrobiła? - pytam.
- Dobrze - odpowiada. Po chwili dodaje: - Wszyscy o nas zapomnieli. A oni
pokazali, że żyjemy. I nie chcemy wojny.

W jakimś piśmie znajduję pośmiertne fotografie terrorystów. Asia, czyli
Asiet Giszlurkajewa, uśmiecha się spokojnie. I smutno.

Krystyna Kurczab-Redlich

Tekst pochodzi z magazynu marie claire
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Laboratorium słuzb

poniedziałek, 27 lutego 2006 22:04
Powziąłem zamiar nakręcenia dokumentu o kobietach żyjących w realiach wojny. A skoro o kobietach, to również o dzieciach i cywilach. Tych, których okrucieństwa konfliktów zbrojnych dotyczą najbardziej. Scenariusz wszędzie jest taki sam - w Moskwie, Groznym, Nazraniu czy Biesłanie. Kobiety częstują herbatą i ciastkami, a potem opowiadają, wracając myślami do czasu tragedii: porwania męża, zabicia syna, odnalezienia zwłok w kostnicy. I wszystkie mówią o strachu, bezsilności i niesprawiedliwości. Można się przyzwyczaić do takich łez. Do jednego się nie przyzwyczaiłem - do ciszy. Do tej ciszy, której z początku nie słyszałem, a zobaczyłem ją dopiero pod koniec podróży, na kaukaskim cmentarzu.

Młodemu biada

Wyprawa zaczyna się w Moskwie. Czteropiętrowe bloki, nieduże mieszkanko zasiedlone przez dwupokoleniową rodzinę. Kobieta, której syn zginął przed rokiem w Czeczenii w strąconym rakietą helikopterze, uspokaja się i wraca do wcześniejszych wspomnień. O syna zaczęła się bać, gdy ukończył czternaście lat i zainteresowały się nim instancje wojskowe. - Bo już wtedy było napięcie na świecie, polityczne i wojenne - mówi. Potem, gdy był już w wieku poborowym, postanowiła go chronić - nie otwierała drzwi, nie odpowiadała na "powiestki". Pewnego dnia wyszła rano z psem. Na jej spotkanie szło nieszczęście, którego nie rozpoznała - dwóch tajniaków i milicjant. Gdy wracała, od sąsiadki dowiedziała się, że zabrano jej syna. Była wczesna, ranna godzina. Tajniacy zadzwonili do drzwi tak, jak dzwoniła ona - trzy razy. Syn otworzył. Pobiegła do wojenkomatu. Płakała, szlochała, zaklinała się, że za nic syna nie odda. A oni jej na to: pani ma syna, a my procenty; kiedy niż demograficzny idzie do wojska cierpią na tym nasze pensje.  Dopiero później, Tatiana Kuzniecowa ze "Związku Żołnierskich Matek" uświadomiła mi, że to normalna praktyka - czają się na klatkach, stoją na schodach, przychodzą o czwartej, piątej rano.

Jakiś czas temu, na jednej z moskiewskich stacji, stał pociąg wojskowy z wieloma wagonami. Jechał na Syberię i trzeba go było zapełnić. Milicja urządziła łapanki na stacjach metra. Kordon mundurowych zatrzymywał wszystkich młodych ludzi. To nic, że ma odroczenie, że studiuje. Wagony czekają.  Stają zatem tajniacy i mundurowi o świcie na schodach metra, chodzą po akademikach, węszą wszędzie, gdzie tylko można upolować rekruta. I tak się dzieje dwa razy do roku, na jesieni i na wiosnę.

- Potem wysyłają ich daleko, żeby trudno było ich wydobyć - dodaje Kuzniecowa - i praktycznie wszyscy przechodzą przez "gorące punkty". Kiedyś był to Afganistan, teraz jest Czeczenia. Zginęło tam już od 18 do 20 tysięcy rosyjskich żołnierzy. Giną nie tylko w czasie działań wojennych na Kaukazie. Gdy byliśmy w Inguszetii, moskiewskie wiadomości telewizyjne podały informację o śmierci żołnierzy w samej Rosji: jeden zamarzł, drugiego zastrzelono "podczas próby ucieczki" - zdezerterował z bronią i podobno kogoś zabił. Giną, bo ich ziemia zasypała w transzei, z głodu, w wyniku bestialstwa "fali". Na "Kursku" zginęli, bo generalicja nie chciała pomocy Zachodu. W Czeczenii mówiono mi o oddziale wybitym do nogi przez bliżej niezidentyfikowanych terrorystów. Podobno dowódca poinformował zamachowców o marszrucie swoich ludzi, bo przepił żołd dla oddziału.

Kontraktnicy

Kilka lat temu mieszkałem w Groznym w prowizorycznych koszarach zajmowanych przez jeden z oddziałów armii Federacji. Były to zniszczone zabudowania jakiegoś składu czy fabryczki, w których wojsko urządziło sobie izby żołnierskie, jadalnię i magazyny. Cisza, spokój, wokół bunkry z betonowych elementów, czołgi, wozy pancerne i posterunki. Dowódca z dumą pokazywał: - O tam założyliśmy pole minowe, tam stacjonuje specnaz. - A w domyśle: mamy tu jak u Pana Boga za piecem.

I oto, w tej wojennej sielance, z dachu zabudowań zaczęły dobiegać wyzwiska. Oficerowie jęli się z niepokojem rozglądać. Jeden z nich bardzo poważnym tonem stwierdził, że trzeba się skontaktować z dowódcą tamtych na górze. Zacząłem się dopytywać, co to za jedni. - Ano, kontraktnicy, namiot rozbijają. Jak im coś do łba strzeli, to i granat rzucą.

Kontraktnicy mają swój szyk: chusta na głowie, rękawiczki, czasem z obciętymi palcami. Czeczeni ich nienawidzą. Ale też nigdzie na świecie nie lubi się najemników. Ludzie mówią, że przyjechali zarabiać na ich krwi. Coś w tym musi być. Z zachowaniem wszelkich proporcji, ale kiedy nasi jechali do Iraku to dziennikarze podpytywali ich, po co jadą. Przeważała odpowiedź, że dla zarobku. Nie wszyscy kontraktowi noszą się po piracku, i nie tylko oni dokonują zbrodni. Wystarczy przejechać się po Groznym, żeby wiedzieć, czego można się bać: federalnych (w hełmach), kadyrowców (w czarnych czapeczkach), służb (jeżdżą cywilnymi samochodami bez numerów), saperów (bo zastrzelą, ciało wysadzą w powietrze i powiedzą, że to terrorysta), czołgistów (bo rozjadą)...

- Kiedyś coś takiego jak żołnierz kontraktowy w przyrodzie nie istniało - mówi Weronika Marczenko z "Prawa Matki" - byli po prostu oficerowie.

Do "Prawa matki" zgłaszają się również rodzice zabitych kontraktników. Pytam, czy nie wstydzą się mówiąc, kim byli ich synowie. Weronika Marczenko uśmiecha się, widząc moją naiwność.

- Ci ludzie nie mają świadomości, że nie uchodzi zarabiać na wojnie. Pochodzą z małych miasteczek z wielkim bezrobociem. Było oficjalne zaproszenie z wojenkomatu, były ogłoszenia na tablicach i w lokalnej telewizji. Dla nich to rzecz zwyczajna, jak nabór do straży pożarnej - mówi Marczenko - wstyd pojawia się dopiero, gdy na własne oczy zobaczą, co się tam dzieje.

Ale wtedy pojawiają się także inne uczucia. Giną ich towarzysze, więc oni ich po prostu mszczą. Zdarza się, że kontraktnicy nie dostają ani kopiejki z obiecanych pieniędzy. Tzw. "bojowe" muszą wyciągać przez sąd. Mówiono mi w Groznym, że żołnierze łapią czasem przechodniów i zabijają ich, żeby udowodnić, że były walki z terrorystami, więc należy im się wyższy żołd. Zdarzały się też przypadki, gdy chłopakom po zakończeniu obowiązkowej służby w Czeczenii, w centrum Groznego, podsuwano papier: albo podpiszesz albo wracaj do domu na piechotę.

Dziel i rządź

Sympatyczny emeryt wybrał się z żoną i dwiema wnuczkami na spacer. Mieszka akurat niedaleko teatru na Dubrowce. Zastanawia się przed kamerą nad przyczynami zamachów terrorystycznych w Moskwie. - Winien jest rząd - mówi, połyskując złotymi zębami. A mnie, jakby kto na sto koni wsadził. Ale zaraz mina mi rzednie. - Za mało stanowczo postępują - dodaje. Jest nawet takie rosyjskie pojęcie: nastrój "szapkozakidajuszczyj". Jeszcze stu zabić, jeszcze tysiąc, zarzucić czapkami.

Nie, nie porozmawiałabym spokojnie z kobietą z Czeczenii. Uraza jest zbyt głęboka - mówi matka żołnierza - oni sami na śmierć wysyłają swoje dzieci. To niepokorny naród. Zawsze z nami walczyli. Od dwustu pięćdziesięciu lat. Nienawidzę wojskowych, nienawidzę armii. Nienawidzę tych, którzy uczestniczą w tej wojnie. Ale do czeczeńskich kobiet i dzieci nie czuję nienawiści - mówi jej siostra. Niemniej i ona w czeczeńskich bojewikach widzi bandytów:

- Bo nie walczą honorowo, tylko napadają zza węgła.

Wie o tym z telewizji, oglądała też kilka filmów o tematyce czeczeńskiej. Uważa, że te informacje i filmy są dziełem ludzi, którzy chcą całemu światu powiedzieć, co dzieje się w Czeczenii.

- Ludzie wierzą rządowi - mówi Weronika Marczenko z "Prawa matki". - I wierzą mediom znajdującym się pod kontrolą władzy. A tych paru niskonakładowych gazet dla inteligencji masy przecież nie czytają.

Grozny, typowy, parterowy dom czeczeński, z podwórzem zasłoniętym murem i bramą. Kobieta już przestała płakać. Opowiedziała o tym, jak w nocy uprowadzili jej męża, jak uderzyli ją kolbą, jak nie zabili jej razem z maleńkimi córkami, bo któryś z oprawców się zlitował w ostatniej chwili. Siedzi zamyślona na tle okna. Specjalnie ją tak usadziliśmy, żeby nie było widać twarzy. Jak przystało na Czeczenkę, twierdzi, że sama się nie boi, ale chodzi jej o bliskich, tych, którzy zostali przy życiu.

- Oni zawsze uważali się za przywódczy naród - mówi o Rosjanach. - usiłują z nas zrobić niższą kastę i chcą żebyśmy się z tym pogodzili. Teraz ma miejsce ludobójstwo mojego narodu. To może się powtórzyć i wobec nich. Widzimy w telewizji koncerty w Rosji. W tym samym czasie u nas są pogrzeby. Powinni pomyśleć, że jutro ta wojna przyjdzie do ich domu. Kiedyś wyniszczano Żydów, teraz dzieje się to z naszym narodem. Powinni pomyśleć, co jutro może stać się z nimi.

Ilf i Pietrow w FSB

- Interesują pana terrorystki? - pyta działacz nazrańskiego oddziału "Memoriału" i ironicznie się uśmiecha. Z tymi terrorystkami jest kłopot. Już wieczór, a w domu ich nie mogę odwiedzić, bo mężowie się nie zgadzają - nie wypada. Ale wreszcie udaje mi się je dopaść - cztery lekarki z amerykańskiej organizacji medycznej International Medical Corps. Jedna z nich, najstarsza, udziela rady kamerzyście, który się przeziębił: niech zagrzeje wódki i wypije duszkiem, to chorobę z kości wygoni.

Pytam ją, jak to było z tym terroryzmem.

Parę miesięcy temu przyleciał z Moskwy kierownik, by przekazać wiadomość, że zdjęcia lekarek wiszą tam na słupach. Potem informację potwierdzili krewni: fotografie wiszą w metrze, na rynkach, w supermarketach. Są podpisane, ale nie cyrylicą tylko po angielsku, podano nawet godziny przyjęć. Kiedy pewien dziennikarz chciał to sfotografować, ochrona mu nie pozwoliła. Następnego dnia obok pojawiła się tabliczka, że fotografowanie jest zabronione. Pisały do Dumy, do Putina, do wszystkich świętych, amerykańskie kierownictwo interweniowało nawet w MSZ. Wszyscy święci odpisywali, że lekarki "nie są w śledztwie". A zdjęcia dalej się pojawiały. Więc dzwoniły pod numery sztabu antyterrorystycznego podane przy fotografiach (bo każdy, kto by lekarki na ulicy zobaczył, powinien zawiadomić władze). Okazało się, że jedna cyfra w numerach była specjalnie zmieniana. Wreszcie znalazły właściwy numer. Odpowiedziano im, że ten, co kazał rozwiesić listy gończe jest na urlopie. I podano im kolejne numery, które oczywiście nie odpowiadały. Sprawa ucichła. Ale potem był zamach terrorystyczny w Biesłanie i lekarki znów się pojawiły. W sierpniu, po katastrofach lotniczych, do poszukiwanych listami gończymi Inguszek dodano trzy Czeczenki. Wysłały razem około czterdziestu pism, chodziły do FSB. Przegnali je i powiedzieli, że gdyby trzeba było, dawno już by je znaleźli... I znów fotografie pojawiały się to w Moskwie, to w innych miastach. Wreszcie znaleziono je w kryjówce pewnego bojewika. Ostatnio napisano nawet, że lekarki są nosicielkami broni bakteriologicznej i biologicznej.

- A my nie jesteśmy terrorystkami, jesteśmy muzułmankami - zanosi się szlochem jedna z "terrorystek". - Że jestem muzułmanką, że mam czarne włosy i ciemne oczy, to już terrorystka?

W lipcu służby zabiły stu mężczyzn w jedną noc, w samym Nazraniu.

- Wzywali wedle adresów i zabijali - mówi lekarka. - Teraz przykazałam mężowi: jakby pukali do drzwi albo dzwonili, to mów, że mnie nie ma.

Czeczeńskie Joanny d'Arc


- To nasza Joanna d'Arc, porozmawiaj z nią - słyszę od człowieka, z którym spotykam się w hotelu i proszę o informacje na temat kobiet-terrorystek. Nieduża, siwowłosa. Ostrzegają mnie, żeby nie pozwolić jej za dużo mówić, bo jak zacznie to nie skończy. Od dziesięciu lat, na własną rękę, zajmuje się zbieraniem i upowszechnianiem informacji o przestępstwach dokonywanych na terenie Czeczenii przez wojska rosyjskie.

- Dojadło mi to - mówi Tamara Kałajewa, gdy proponuję, że sfilmujemy ją tak, żeby nie było widać twarzy. - Zmęczyło mnie, że nie mogę czuć się człowiekiem. Zabrali mi wszystko, teraz chcą zabrać twarz. Doskonale wiem, że wyjdzie mi to bokiem, ale to moje wyzwanie, to mój sprzeciw wobec przemocy. Teraz będą zabijać obrońców praw człowieka i dziennikarzy, którzy mówią prawdę o tym, co tu się dzieje. To już się zaczęło. Z dnia na dzień czekamy, że nas schwytają i znikniemy bez śladu. Albo banalnie nas zabiją. Nasza ostatnia nadzieja w tym, żeby ta informacja dotarła do was.

Zaczyna mówić tak, jakby bardzo się spieszyła. Pokazuje zdjęcie młodej, ostrzyżonej po chłopięcemu dziewczyny. To Marina, pracownica wydziału paszportowego. Na terenie komendantury zobaczyła jak pododdział specjalny prowadził młodego, zakrwawionego Czeczena w cywilnym ubraniu. Bili przez cały czas. Łzy napłynęły jej do oczu. Jeden z oprawców podszedł i zapytał:  - co, bandyty ci żal?  Odpowiedziała, że to oni są bandytami, skoro tak się zachowują. Trzy dni później została zatrzymana. Do dziś nie znaleziono trupa.

Luiza Mutajewa, dziewiętnastolatka. Już rok minął od jej zatrzymania. Nie wiadomo, gdzie jest. Jej siostra zginęła w Nord-Ost. Kolejna młoda kobieta na zdjęciu. Przeżyła, ale poddano ją takiej przemocy, której nie zniósłby niejeden mężczyzna. Była psychologiem. Oskarżono ją, że obmawia rosyjską armię.

- Wielka liczba kobiet znika bez śladu, niezależnie od przynależności społecznej, wykształcenia i poglądów - mówi Tamara Kałajewa.

Badała także sprawę Dubrowki.

- Przepytywałam rodziny zabitych, żeby stwierdzić, co było bodźcem do udziału w zamachu. Odniosłam mocne wrażenie, że większość z uczestników przeżyła nieopisany nacisk psychiczny: codzienne zaczystki, uprowadzanie bliskich, rozstrzelane rodziny. Tym ludziom nie pozostała już nadzieja, że ktoś im pomoże. Dziwna historia przydarzyła się dziewczynie o nazwisku Bajrakowa. Słyszałem o tym już podczas poprzedniego pobytu na Kaukazie. Ponoć uprowadzono ją na dwa miesiące przed atakiem terrorystycznym na Dubrowkę. Zniknęła z domu w podejrzanych okolicznościach, a potem pojawiła się w teatrze. Ludzie, którzy po nią przyszli nosili mundury polowe.

- Ponoć poszła z nimi dobrowolnie. Ale to było wtedy, gdy na tym terenie całkowitą kontrolę sprawowały oddziały rosyjskie - komentuje Kałajewa.

Honor Kaukazu

Ileż to razy mówili mi, że ich kobiety to świętość. Według Koranu kobietę należy traktować z szacunkiem, choć jednocześnie odsuwa się ją od spraw publicznych. I jak tu pytać o los zgwałconych? Tym bardziej, że według lokalnej tradycji nawet porwanie do komendantury, bez gwałtu, powinno się skończyć odrzuceniem przez ród. Tak nakazuje honor. Podobno właśnie te kobiety stanowią materiał na "czarne wdowy", jak nazywa terrorystki-samobójczynie rosyjska propaganda.

- Rozmawiałam z kobietami, które doświadczyły przemocy seksualnej - mówi Tamara Kałajewa. - Żadna z nich nie została odrzucona przez rodzinę. Obyczaj, opinia, oczywiście... Kiedyś tego nie wybaczano, ale dziś działają tu całe armie Budanowych. I o co oskarżać kobietę? To po prostu ofiara, jak wszystkie inne ofiary tej wojny.

Pułkownik wojsk pancernych Budanow, kawaler orderu za męstwo, zgwałcił na pancerzu czołgu dziewczynę, po czym ją udusił. Dostał za to dziesięć lat. Sąd nie dopatrzył się gwałtu. Słyszałem rozmowę rosyjskich oficerów na ten temat, jeszcze przed procesem. Z zafrasowanymi minami zastanawiali się, czy władza zastosuje wobec pułkownika kodeks karny, czy tylko środki dyscyplinarne.

- Na początku formułowano obraz wroga - narodu - mówi Tamara Kałajewa. - Teraz skupia się to na kobietach. To nowa broń ideologiczna Rosjan: Czeczenka terrorystka. Władze rosyjskie doskonale wiedzą, że bezczeszcząc kobietę, dyskredytując ją, zyskują więcej - łamią ducha etnosu .

Na dziesiątym piętrze jedynego groznieńskiego domu z windą (ale bez wody) mieszka Natalia Estamirowa, działaczka "Memoriału".

- Terroryzm jest u nas bardzo surowo osądzany, szczególnie w wykonaniu kobiet. Jest jeden przypadek samobójczego zamachu dokonanego przez doprowadzoną do ostateczności dziewczynę, która zabiła się, wysadzają w powietrze niejakiego Gadżyjewa, komendanta Urus Martana. Ale nie było innego sposobu, żeby go powstrzymać. Prawo rosyjskie nie działało przeciwko niemu, ale go chroniło. Był przy tym kawalerem orderu Bohatera Rosji. Na terenie Urus Martana, w byłym internacie szkolnym, mieścił się obóz filtracyjny. Znęcano się tam nad ludźmi a w okolicy wielokrotnie znajdowano trupy. Gadżyjew obiecał dziewczynie, że zwolni jej brata i ojca, ale słowa nie dotrzymał. Obaj zginęli. Dziewczyna zemściła się. - Zabijając go powstrzymała uśmiercanie innych ludzi - dodaje Estamirowa.

Badała też losy zgwałconych kobiet.

- Kiedyś wystarczało samo podejrzenie, jeśli kobieta była sama z obcym mężczyzną, to dla męża był to powód do zerwania małżeństwa. Teraz wiele się zmieniło. W pewnej wsi mieszkała zgwałcona. Estamirowej powiedział o tym mąż tej kobiety. Oboje zrobili wszystko, by to ukryć. W konspiracji brała udział starszyzna wioskowa. Nikt nie puścił pary z gęby. Złamano jakąś normę obowiązującą w społeczeństwie czeczeńskim. Kobieta zaczęła być traktowana instrumentalnie. Wykorzystuje się ją, żeby zmusić mężczyznę do uległości. Wiosną ubiegłego roku służby zabrały krewnych i krewniaczki jednego z dowódców polowych, Magomeda Chanbijewa. W ten sposób zmusili go do poddania się. W wrześniu 2004 r. zabrali krewnych Maschadowa i Basajewa. Siostrze prezydenta Czeczenii, starej kobiecie, kazano zwrócić się do brata za pośrednictwem telewizji: - zatrzymano nas, bo ty wysłałeś ludzi do Biesłanu (co jest wierutną bzdurą) - mówiła. Potem zakładniczki zostały wypuszczone, ale staruszce okaleczono nogę. W grudniu znów ją zabrali. Nie wiadomo, gdzie teraz przebywa.

Cuda w sądzie

Wiele terrorystek zostało złapanych i osądzonych. Przykładem może tu być tragiczna postać Zaremy Mużychojewej. Zza krat klatki dla oskarżonych, po wysłuchaniu wyroku skazującego ją na 22 lata więzienia, krzyczała do sędziów: -jak ja was nienawidzę! Jej mąż zginał gdzieś w Rosji, ją rozłączono z maleńką córeczką. Zrobiłaby wszystko, żeby znów być z nią razem.

- Ona odmówiła dokonania zamachu terrorystycznego - mówi Natalia Estamirowa. - Nie jej wina, że zginał saper, który próbował rozbroić ładunek. W kawiarni przy Twerskoj-jamskoj (ulica położona niedaleko Dworca Białoruskiego, na który zajeżdżają pociągi m.in. z Warszawy) zachowywała się tak, żeby wzbudzić podejrzenia. Zatrzymana od razu wskazała na torbę z ładunkiem. Potem pomagała w śledztwie.

- I dostała 22 lata, a Budanow dziesięć. - dodaje Estamirowa.

Drugi przykład - Zara Murtazalijewa. W pierwszej instancji, przed moskiewskim sądem, dostała dziewięć lat. Estamirowa przeglądała protokoły rozpraw.

- Bardzo dobrze widać, że ten terroryzm Zary został zorganizowany. Kiedy przyjechała do Moskwy znalazł się człowiek, który załatwił jej mieszkanie, podtrzymywał z nią kontakty, pomagał jej we wszystkim i prowokował do zamachu. Ale dziewczyna nie została terrorystką, a na znalezionym przy niej plastiku nie ma jej odcisków palców. - kontynuuje Estamirowa. - Rosyjski wymiar sprawiedliwości jest jedyny w swoim rodzaju - podsumowuje - skoro można skazać człowieka bez dowodów.

Niech świat się dowie

Przejeżdżamy obok obskurnego płotu z betonowych elementów. "Wyszka" też z betonu, blaszana, porysowana brama. To koszary "Chantów". Tak nazywają słynący z okrucieństwa oddział OMON z północnej Rosji. Teraz trochę złagodniał, bo sądzą jednego z ich oficerów, niejakiego lejtnanta Łapina. Jedziemy do sądu, odnowiony budynek podwórzec otoczony murkiem, wokół ruiny. Plany są dwa: jeśli są inne ekipy z kamerami - filmujemy, jeśli nikogo nie ma i będziemy zanadto rzucać się w oczy, to w oddalamy się dostojnym krokiem, bo w Groznym biegać nie wolno, jeszcze wezmą za terrorystę i zastrzelą. Są kamery. Stajemy więc i my. Przed wejściem do budynku sądu kłębi się tłumek kobiet. Trzymają w rękach zdjęcia zaginionych bliskich i szczoteczki do zębów.

- To żony i matki porwanych, którzy zaginęli bez wieści - mówi Stanisław Markiełow, moskiewski adwokat i oskarżyciel posiłkowy. - Zdjęcia trzymają, bo może oskarżony przypomni sobie, co z tymi ludźmi zrobił, a szczoteczki, bo się skarżył, że go niehumanitarnie traktują - w areszcie nie dali mu ręcznika i szczoteczki do zębów.

Markiełow to stary znajomy. Spotkałem go rok wcześniej w Moskwie, gdzie reprezentował wobec władz matkę jednej z ofiar Dubrowki. Odważny, rzekłbym zadziorny, zajmuje się prawami człowieka. Mówi z dumą, że chce aby w Czeczenii na miejsce prawa automatu zapanowało rosyjskie prawo. Myślę, że będzie miał zatrudnienie do końca życia.

Lejtnant Łapin nawet na tle swojego oddziału wyróżniał się okrucieństwem, więc zrobiono go śledczym. Był za słaby, żeby bić rękami. Bił pałką drewnianą, gumową, raził prądem, podwieszał za ręce, wbijał gwoździe w ciało i igły za paznokcie. Krótko mówiąc: łapał i dręczył, a potem człowiek przepadał.

Demonstrują głównie kobiety. Mężczyzn mało, bo to bardzo niebezpieczne.

Dochodzą mnie strzępy wypowiedzi. Raczej apeli skierowanych do kamer:

- Od czterech miesięcy nie wiem, gdzie jest.

- O czwartej rano przyszli po męża. Schwycili dwuletniego syna i powiedzieli, że go zabiją, jak stawi opór.

- Był starszym inspektorem straży pożarnej. Z przystanku go zabrali 16 grudnia 2000 r. I nic nie wiemy, wszędzie chodziliśmy, szukaliśmy.

- Niech świat się dowie!

Ponad dwa lata temu byłem w jednym z obozów dla uchodźców w Inguszetii. Podeszła do mnie dziewczyna. Duże, szeroko otwarte oczy, okrągła buzia. Patrzyłą na mnie uporczywie, potem pokazała czarno-białą fotografię. Aż się żachnąłem. Na zdjęciu było zdjęcie młodego mężczyzny. Cały nagi. Między nogami, zamiast przyrodzenia, ma plastikową rurkę. - Niech cały świat się dowie, co federalni zrobili mojemu braciszkowi - powiedziała.

W zonie

Osiedle wysokich, wypalonych domów. Gdzieniegdzie, w oczodole okna - plastikowa folia, gdzieś wystaje kominek "kozy". Tam mieszkają ludzie. Przy ulicy położonej kilkaset metrów dalej, gdzie wśród ruin uchowało się trochę domków, w nocy była zaczystka. Wygarnęli wszystkich mężczyzn - dzień, jak co dzień. Idziemy do kobiety, która ma nam powiedzieć, jak jej rodzina zarabia teraz na życie. Trochę trzeba poczekać, bo właśnie jest na bazarze, gdzie handluje. Właściwie, to banał: mężczyźni bez pracy, kobiety utrzymują dom handlem, zbiórką cegieł i złomu. Przy okazji wspomina, jak zabrano jej dwóch braci i syna. Trzeciego brata cudem znalazła. Dopytuję się o ten cud.

- Zabrali ich w 2001 r., podczas blokady Argunu - mówi kobieta. Ma 48 lat, a siwa jest jak gołąbek, wygląda na grubo ponad sześćdziesiąt. - To byli federalni. Zabierali naszych na żwirowisko. Trzymali ich z zasłoniętymi oczami w dołach, samochodach i więźniarkach. Kobiety poszły szukać swoich bliskich. Szły przez pole minowe. Jednego brata znalazła. Potem szła z Argunu do Groznego. Pole zasłane było trupami. Przychodzili ludzie, szukając swoich. Jeszcze po tygodniu znaleziono czyjeś ciało przysypane żwirem.

Kolejna wizyta: młoda kobieta, z dwiema córeczkami. To ta sama, która przestrzegała Rosjan, że i do nich może przyjść wojna. Wtargnęli do niej o pierwszej w nocy. Mieli kominiarki i hełmy. Wyciągnęli męża z łóżka. Z wrzaskiem zaczęli wypytywać o jakąś kasetę. Trzymali ją z dziećmi w sypialni, pod lufą, bili kolbą, bo krzyczała. Kiedy wyszła do drugiego pokoju męża już nie było.

- Musieli się pomylić - mówi teraz kobieta. - My nie mieliśmy żadnej kasety.

Potem chodziła do wszystkich instancji. Pytała o męża, ale wszędzie zbywano ją wzruszeniem ramion. Po każdej interwencji wpadali do domu robić rewizję, zrywali podłogę, straszyli, przekopywali ogród. Wreszcie, któryś z prokuratorów powiedział, że to pewnie FSB. Bardzo nie lubią, jak ktoś uwiecznia ich pracę. Ale czasem, szkoleniowo, sami kręcą filmy.

Po naszej wizycie do jej domu przyszli ze służb. Cały kwartał otoczyli wojskiem i zaczęli pytać: a co wy tu dziennikarzy przyjmujecie? Któryś z sąsiadów doniósł. Kobieta nie czekała na ciąg dalszy. Uciekła razem z córeczkami. Ukrywa się gdzieś na Kaukazie. Zapamiętałem jej ostatnie słowa: - My tu żyjemy jak w wielkiej więziennej zonie, otoczeni strukturami, których nazw nawet nie znamy.

Obóz skautów "Chankalenok"

Dziewczyna z Groznego ociera z łez piękną twarz. Jest w tym trochę komizmu, bo ociera i nos, z którego spływają łzy. Patrzy w ekran. A tam pojawiają się napisy końcowe: obóz skautów "Chankalenok" - nazwa pochodzi od Chankały, przedmieścia Groznego, gdzie stacjonują główne siły rosyjskie. Niebezpiecznie sobie kpić z Chankały. Pani wójt jednej z czeczeńskich osad powiedziała, że główne ognisko terroryzmu mieści się w Chankale i wkrótce potem zabili ją "nieznani sprawcy w rosyjskich mundurach".

Ale ci, którzy robili ten film mogą się czuć bezpieczni.

- To kręcił operator wojskowy - mówią mi Czeczeni. - Wedle zasady: to oni robią nam, a tak my odpłacamy im.

Film składa się z dwóch, podle zmontowanych części. W pierwszej pokazane są płonące rosyjskie czołgi, zabici żołnierze armii federacji, dobijanie rannych jeńców przez partyzantów. Potem druga część: zaczystka i jej żniwo. Najpierw rozstrzeliwują jakiegoś człowieka. Potem pokazana jest gromada ludzi, jakby jeńców (powiedziano mi, że tylko jeden z nich był bojownikiem), a jeszcze potem trupy, chyba tych pochwyconych. Potwornie zmasakrowane twarze, oczy wypływające z oczodołów, wyłamane, porąbane kończyny. Widać czyjeś nogi: spodnie od munduru i białe, sportowe buty. Kopią głowę trupa, żeby pokazać, że kark jest złamany.

Dziewczyna wzdycha i mówi: - Szukałam znajomych, bo rodzina przeżyła. Ale tych twarzy nie jestem w stanie rozpoznać, są tak zmasakrowane.

A ja myślę o tych kobietach, których bliskich porwano: z domu, ulicy, podczas obławy. Wiele z nich jeszcze się łudzi, że ich mężczyźni wrócą. I myślę też o losie tych kobiet, które zniknęły bez śladu.

Królestwo niebieskie

Wyprawa do Biesłanu przebiega pod znakiem pośpiechu. Najpierw trzeba przejechać granicę między Inguszetią a Osetią. Z obu stron posterunki. Podjeżdża się do rogatki, wysiada z wozu, po sprawdzeniu przechodzi piechotą na stronę osetyńską, gdzie już czeka kolejny samochód. Żaden Ingusz nie pojedzie do Osetii, a Osetyniec do Inguszetii. Po rozmowie w "Uczkomie", zrzeszającym rodziny ofiar zamachu, oglądamy szkołę nr 1. A właściwie to tylko jej częściowo wypaloną ruinę. W sali gimnastycznej, tam gdzie zginęły dzieci, leżą kwiaty i stoją butelki z wodą mineralną. Wyżej, w klasie w której rozstrzeliwano mężczyzn, stoją butelki z wódką i częściowo wypalone papierosy. Na ścianach napisy: "królestwo niebieskie", "terroryści suki", imiona tych, którzy zginęli oraz tych, którzy przeżyli, kondolencje. Kierowca, chociaż płatny od godziny, pili, żeby już jechać. Służby nie lubią, jak ktoś się kręci z kamerą po ich terenie. Podjeżdżamy pod dom obok szkoły. Nie wiem dlaczego, ale czuję, że czegoś tu brakuje. Na pierwszym piętrze mieszka matka czternastolatka, który zginął podczas zamachu. Wspomina, jak mu prasowała koszule, jak szybko wybiegł - nie zdążył nawet wypić herbaty. Płacze. Pokazuje przez okno na ruinę szkoły: - Jak tu żyć z tym przed oczami. - I dodaje - tyle tu było dzieci, krzyk, rwetes, a teraz tak cicho.

Zaczęło do mnie docierać, czego brak w tym obrazie. Dźwięku. Jakby osiedle było wymarłe. W pełni zrozumiałem tę ciszę na nowym biesłańskim cmentarzu: na płaskim polu, wśród równych szeregów świeżych mogił.

Radosław Januszewski

http://www.sws.org.pl/hajdu.htm
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

KULTURA CZECZEŃSKA W ZARYSIE

poniedziałek, 27 lutego 2006 8:44

Patrycja Prześlakiewicz


Przyglądając się kulturze czeczeńskiej z zewnątrz jako tzw. "postronny obserwator" można pokusić się o umieszczenie jej w uporządkowanym (na potrzeby "europejskiego - polskiego rozumienia") schemacie i wyróżnić w nim te elementy, które kształtowały i nadal wpływają na kulturę czeczeńską:

Tradycja i nieustanne dążenie do zachowania tradycji

Powstaje pytanie czy tak jest nadal? Niewątpliwie miała ona decydujący wpływ, co najmniej do połowy lat dziewięćdziesiątych XX w. W wyniku dramatycznych wydarzeń, jakie dotknęły Czeczenię w ciągu ostatniej dekady (głównie dwóch wojen rosyjsko-czeczeńskich: 1994-1996 i 1999-obecnie, z których ostatnia przerodziła się w genocyd i wielowątkowy konflikt) Czeczeni ulegli rozbiciu na wielu grup, ceniących różne wartości, traktujących "dotąd niezmienną" tradycję wybiórczo. W zdziesiątkowanej i zrujnowanej Czeczenii zaczyna dominować młode pokolenie - dwudziestolatków - trzydziestolatków, wychowanych w okresie chaosu i wojen, którzy odchodzą od "tradycji ojców" i podążają w kierunku radykalnych nurtów religijnych. I to one nabierają większego znaczenia w ich życiu. Determinują pozostał dziedziny życia, w tym kształt kultury. Dążenie młodych reformatorów i radykałów religijnych stawia często w sprzeczności ideały i wartości, którymi żyło i żyje pokolenie ich ojców. Powoduje to konflikty nie tylko między określonymi grupami, rodami czeczeńskimi, ale również w łonie jednej rodziny;

Religia - Islam

Adoptowany do tradycji czeczeńskiej, do zwyczajów obowiązujących życie społeczne przed pojawieniem się muzułmanów w Czeczenii, kiedy największy wpływ miały lokalne wierzenia, powszechnie określane jako pogańskie, oraz chrześcijaństwo szerzone głównie przez misjonarzy gruzińskich. I ponownie jak w przypadku poprzedniego elementu - w ciągu ostatnich kilku lat uległ on dużej zmianie. Islam jest centrum, wokół którego dokonują się najgłębsze zmiany w kulturze i tożsamości młodego pokolenia Czeczenów. W chwili obecnej młodzi ludzie porzucają tradycyjną czeczeńską formę religii i zwracają się ku radykalnej, znacznie prostszej i bardziej zrozumiałej dla nich formie islamu. Religia jest jednym (jeżeli nie jedynym) z ratunków dla młodych ludzi wciąż obcujących z wojną, śmiercią i zemstą.

Wpływ innych kultur

Obecnych prawie zawsze w historii Czeczenów: kultury arabskiej, irańskiej, tureckiej, gruzińskiej, a od końca XIX wieku kultury rosyjskiej, z intensyfikacją wpływów w okresie funkcjonowania ZSRR. W ostatnich latach, szczególnie po upadku ZSRR, do Czeczenii zaczęła docierać kultura masowa z Europu Zachodniej i USA w postaci filmów, nagrań muzycznych, nowoczesnej techniki.
Wszystkie wyżej wymienione elementy są powiązane ze sobą. Przenikają się i zmieniają bardzo dynamicznie. Podsumowując - do niedawna, tzn. do początku (a nawet do połowy) lat 1990 dominującą rolę w kulturze czeczeńskiej odgrywało dążenie do zachowania niezmienionej tradycji, przekazywanej z ojca na syna. Młode pokolenie nie podnosiło większych buntów przeciwko zasadom ojców. W ciągu kilku ostatnich lat synowie zaczynają wybierać inną, nową drogę życia - drogę nowych reformatorskich nurtów islamu. Tocząca się miedzy tradycyjnymi mistrzami religijnymi i reformatorami (często określanymi jako "wahhabici") dyskusja nad unowocześnieniem dotychczasowej formy islamu jest odbiciem dyskusji między pokoleniami. To ona determinuje zakres dawnej tradycji czeczeńskiej i wpływów obcych kultur.[Górecki 2002, s. 61] Jest to debata nad tożsamością - byciem Czeczenem we współczesnych, trudnych warunkach życia.
Po tej wstępnej, zewnętrznej obserwacji kultury czeczeńskiej można spróbować pójść dalej "głębiej", "do spojrzenia od wewnątrz na swoją kulturę" samych Czeczenów.

W dalszej części zostaną przedstawione najważniejsze wartości kultury czeczeńskiej, które przewijają się w pracach i opisach kultury dokonywanych głównie przez badaczy czeczeńskich, zanurzonych w tradycyjnej kulturze, poszukujących oryginalnych korzeni własnej kultury i historii. Zatem według nich najważniejszymi wartościami w życiu Czeczenów, przekazywanymi i kształtowanymi przez tradycję są:

Wolność

Jako wartość przenikająca wszystkie dziedziny kultury czeczeńskiej. Czeczeni piszący lub wypowiadający się na temat swojej kultury podkreślają rolę wolności, opartej na wierze w jednego Boga, w życiu jednostki, rodziny i społeczeństwa. Wolność w pierwszym rzędzie zakłada samorealizację jednostki oraz kult człowieka i jego dostojeństwa. Według nich czeczeńska struktura społeczna jest zbudowana według zasad demokratycznych, bez różnicowania ludzi według pochodzenia. Zgodnie z tą tradycją wszyscy mężczyźni powyżej 15 roku życia są równi i nietykalni. [Górecki 2002, s. 66] Nie ma między nimi książąt i panów. Na określenie rodów i osób, które przypisują sobie lepsze, arystokratyczne pochodzenie używane jest powszechnie, powiedzonko ludowe "Kniazia iz grazi" (Książęta z błota). Umiłowanie wolności wywoływało sprzeciw wobec narzucania cudzych praw i panowania. Między innymi z tego powodu próby zaszczepienia feudalizmu na gruncie czeczeńskim przez Rosjan w XIX wieku napotkały trudności i opór, którego nie udało się przezwyciężyć również w XX wieku. Wolność jako czynnik kształtujący kulturę i tożsamość czeczeńską, często przywoływany jest w chwili obecnej, szczególnie kiedy Czeczenii mówią o walce z Rosjanami w latach dziewięćdziesiątych ( I i II wojna). [Usmanow 2002, s. 10] W okresie poprzedzającym I wojnę (1991-1994 r.) i powojennym (1997-1999 r.), kiedy Czeczeni ogłosili utworzenie niezależnego państwa Czeczeńskiej Republiki Iczkerii, jej atrybutami stały się symbole odwołujące się do poczucia wolności i niezależności. W godle państwowym znalazła się wilczyca - symbol wolności, niezależności, męstwa i ofiarności. [Czeczenia walczy, 2003] Głównym elementem hymnu państwowego pt. "Śmierć lub wolność", opartego na pieśniach ludowych, jest porównanie Czeczenów do wilków, dla których najważniejsza pozostaje walka o wolność i równość. [Usmanow 2002, s. 10] Również jeden z kolorów flagi czeczeńskiej - biały symbolizuje wolność, sprawiedliwość i braterstwo narodu. We wspomnianym okresie, głównie z inicjatywy prezydenta CZRI Dżochara Dudajewa wydrukowano paszporty i banknoty niezależnego państwa Iczkeria, na których znaleźli się historyczni bohaterowie czeczeńscy, walczący o wolność. [Atributika Iczkerii, 2002]
Równie żywy jak w poprzednich epokach pozostaje wzorzec bohatera narodowego tzw. "abreka", walczącego o wolność i sprawiedliwość, broniącego zwykłych biednych ludzi. Z okresu wojen kaukaskich w XIX wywodzą się, popularne do dzisiaj w folklorze czeczeńskim, postaci obrońców narodu przed carskim uciskiem: Zelimhana Haczrojewskiego, Bejbułata Tajmiewa1, Bajsongura Bienojewskiego. Pozostają wcieleniem ideałów górskiej demokracji: równości i wolności wszystkich członków społeczeństwa, o których opowiadają liczne legendy i pieśni czeczeńskie.
Samo słowo oznaczające wolność obecne jest również w życiu codziennym. Jeden z czeczeńskich wariantów powitania, często używanego przez gospodarza domu, do którego przybył gość z wizytą, brzmi: "Marsza wogilla (do mężczyzny) i Marsza jogilla (do kobiety), co oznacza: "w tym domu, miejscu spotkania, oczekuje Cię pełnia wolności". Na pożegnanie gospodarz mówi: "Marsza dojla (do mężczyzny) i Marsza ojla (do kobiety), co oznacza: "niech wolność będzie zawsze twoim udziałem" Równie popularne jest pozdrowienie: Marszalla doijtu - "Zostań wolnym" lub Dala maraszalla dojla" - "Niech Bóg dopomoże Ci pozostać zawsze wolnym". [Usmanow 2002, s. 10]

Naród

Sami Czeczeni naród, do którego należą, określają, jako "Nochczo". Są bardzo podzieleni, jeżeli chodzi o teorie na temat pochodzenia tej nazwy. Według jednych "Nohczo" oznacza ludzi posługujących się pługiem (orających ziemię), czyli rolników, którzy w wyniku inwazji obcych plemion na ich ziemie, byli zmuszeni osiedlić się w trudno dostępnych górach. Inni kojarzą określenie "Nohczo" z nomadami - koczownikami stale wędrującymi, przemieszczającymi się z miejsca na miejsce, na zimę mieszkającymi w górach. Jednak najbardziej rozpowszechnione w narodzie, jest mniemanie, iż nazwa ta pochodzi od imienia biblijnego bohatera Noego, który w czasie potopu schronił się ze swoją arką na jednej z gór czeczeńskich. Jego potomkowie (Turpał Nohczo) dali początek narodowi "Nohczo". Wszystkie opinie odnośnie pochodzenia Czeczeńców łączy przekonanie o starożytności narodu i języka czeczeńskiego. Powtarza się twierdzenie o rdzennie kaukaskim pochodzeniu Czeczenów, o bliskim pokrewieństwie z plemionami Scytów i ich kulturą. Z kolei dzięki językowi czeczeńskiemu możliwe jest odczytanie pisma klinowego i tekstów sumeryjskich. [Hasiew 2000, s. 36] W Według podań dotyczących powstania czeczeńskiej struktury społecznej, nad źródłami rzeki Gehi, w krainie "Naszh" (obecnie zachodnia Czeczenia) narodził się legendarny przodek Turpał Nohczo, którego synowie byli protoplastami 9 wspólnot tzw. "tukhumów". One z kolei dzielą się na mniejsze ww. jednostki - klany tzw. "tejpy", których w chwili obecnej jest około 160. Ich założyciele jako pierwsi zaczęli przesiedlać się z krainy Naszh, do ziem położonych w tzw. "Iczkerii". Każdy z nich wybierał na nowe siedlisko określoną górę z przylegającą doń doliną. Budował na niej basztę obronną i zakładał rodzinę. Jako pierwsze z krainy "Naszh" przesiedliły się tejpy: "Peszhoj", "Ceczoj", "Bienoj" i "Czeberłoj". Do tej pory uważają się za wychodźców z ww. krainy "Naszh", wywodzą się z nich również najbardziej znani bohaterowie i święci czeczeńscy, w związku z tym ich członkowie cieszą się większym szacunkiem niż pozostali "tejpowcy". [Kawkasiani 2001, s. 30] Jednak w latach dziewięćdziesiątych doszło do erozji tego systemu i upadku ich autorytetu. Do władzy doszły mało znane tejpy, z których pochodzili młodzi dowódcy polowi szczególnie zasłużeni za udział w walkach w I wojnie. [Górecki 2002, s. 71-72] Mimo zmiany autorytetów i znaczenia poszczególnych tejpów, w samej strukturze narodu czeczeńskiego nic się nie zmieniło. Tak jak poprzednio, według tradycji czeczeńskiej, głównym zadaniem tejpu jest pomoc i obrona swoich członków w każdej sytuacji i miejscu na świecie. W zamian za to tejp może liczyć na bezgraniczną lojalność swoich członków. Jeśli Czeczenowi uda się wyjechać np. zagranicę, próbuje ściągnąć swoich krewnych, gdy zacznie pracować na stanowisku dyrektorskim, w pierwszej kolejności zatrudnia swoich krewnych, jeżeli nie, to zobowiązany jest do znalezienia im pracy. Mają oni również pierwszeństwo, gdy przychodzi do rozstrzygania w urzędzie próśb i innych spraw oficjalnych. Posłuszeństwo wobec klanu jest większe niż wobec instytucji państwowych. Struktura klanowa przenika całe życie społeczne. W tej chwili mimo, iż uwierają ich te więzi, nadal obowiązują w życiu. Na co dzień wyobraźnia Czeczena rzadko wykracza poza obszar tejpu. [Górecki 2002, s. 71-72]

Ustny przekaz tradycji i literatury

Zawarty jest w licznych legendach, opowiadaniach moralnych i przysłowiach, pieśniach czeczeńskich tzw. "Illi" oraz w przypowieściach o olbrzymach Nartach. Do najbardziej znanych należą: legenda o powstaniu Czeczenii i Czeczenów, o przodku Turpale Nochczo, o wilku, źródle miłości, o żmii, o jeleniu, o słońcu uosabianym w postaci dziewczyny-wojowniczki na białym koniu tzw. "Malhazia", o pastuchu zatrzaśniętym w skale. [Sajdułajew 2003] Znany jest również mit o Pharmacie, będący czeczeńską wersją greckiego mitu o Prometeuszu. Z wieloma regionami i miejscami na terenie Czeczenii związane są dziesiątki opowieści i legend. Do najsłynniejszych należą opowieści o krainie Naszch, Melhista, Majsta, Czeberłoj, o jeziorze Gałanczoż i związanej z nim bogini Tuszoli. [Ahmadow 2001, s. 11]

Rodzina

Jedno z najważniejszych miejsc w przekazie i podtrzymywaniu tradycji czeczeńskiej zajmuje rodzina. Jest podstawowym ogniwem dalszych podziałów i przynależności społecznej, religijnej i narodowej. Pierwszym punktem odniesienia dla Czeczenów jest mała rodzina, czyli rodzice z dziećmi tzw. "diozel" oraz duża rodzina obejmująca także braci tzw. "ca". Dalej Czeczen identyfikuje się ze swoją wielką rodziną "neke", w skład której wchodzą krewni, wywodzący się od wspólnego męskiego przodka, następnie z rodem "gar", w którym wspólny przodek jest postacią na wpół mityczną. Dopiero kilka rodów tworzy klan "tejp". Każdy "gar", gdy się rozrośnie, może zostać "tejpem". [Górecki 2002, s. 60] Każdy Czeczen ma obowiązek założyć rodzinę. Kobieta, która zostanie wdową lub rozwódką stara się jak najszybciej wyjść ponownie za mąż. Rodzina i pojawiające się w niej dzieci są warunkiem przedłużenia klanu i narodu. W rodzinnie czeczeńskiej każdy jej członek pełni określoną funkcję. Istnieje ścisły podział zadań miedzy kobietą i mężczyzną. Cały trud i praca mężczyzny obraca się wokół zapewnienia utrzymania rodzinie, dbania o krewnych. Dla rodziny Czeczeni gotowi są zrobić niemal wszystko. Dominującą rolę pełnią najstarsi mężczyźni, sprawują kontrolę nad młodszymi członkami, którzy zobowiązani są do podporządkowywania się ich decyzjom i okazywania im na każdym kroku szacunku. Jeśli zabraknie dziadka czy ojca, decyzje odnośnie losu pozostałych członków rodziny podejmuje wdowa - najstarsza kobieta, matka licznych dzieci, która jest otaczana równie dużym szacunkiem jak jej mąż. Matka ma bardzo duży wpływ na wychowanie dzieci. Jest strażniczką ogniska domowego. Szczególnie podkreślana jest więź, jaka łączy ją z synami. Akceptacja nowo poślubionej synowej przez matkę jest niezbędna dla dalszego bytu małżeństwa syna. Dzieci urodzone z takiego związku należą do rodziny ich ojca, nazwisko dziedziczą po ojcu. W przypadku rozwodu zostają przy ojcu. Przy zawieraniu związków małżeńskich obowiązuje egzogamia. Ostateczną zgodę na małżeństwo wydają rodzice. Zdarza się, że młodzi omijają skomplikowaną etykietę zalotów, swatów i decydują się na wspólną ucieczkę, co sprowadza się do porwania dziewczyny przez chłopaka. W takim przypadku rodzice, już po fakcie, przeważnie zgadzają się na taki związek. [Czesnow 1994, s.5-6]

Kult przodków

Każdy Czeczen powinien znać i potrafić wymienić imiona swoich 7 przodków. Poprzez poczucie więzi z przodkami rodzina jest jednością. Członek rodziny jest odpowiedzialny za swoje czyny nie tylko przed obecnymi braćmi i siostrami, ale również przed swoimi przodkami i przyszłymi potomkami. [Usmanow 2002, s. 10] Jego zachowanie decyduje o tym, czy jego rodzina okryje się sławą czy hańbą. Każdą krzywdę uczynioną rodzinie czy to przez niego czy przez obcych musi zadośćuczynić i naprawić. Na tej zasadzie oparta jest (funkcjonująca do dziś) tzw. "krwawa zemsta". Za zabójstwo człowieka, jego rodzina jest zobowiązana do wymierzenia kary zabójcy bądź jego braciom i ich rodzinom. Niekoniecznie za popełniony czyn należy odpowiedzieć takim samym czynem, gdyż istnieje kilka sposobów pojednania, z których najskuteczniejszy i najbardziej symboliczny polega na tym, iż ścigany zabójca stara się dotknąć ustami piersi matki ofiary. Jeśli uda mu się, zostaje wówczas jej synem i członkiem rodziny ofiary. Starsi rodzin decydują o jego dalszym losie, przeważnie udzielają mu wybaczenia. [Czesnow 1994, s.13-14]

Wzory zachowań

- etykieta i adaty. Tam gdzie wolność jest podstawą życia społecznego, na jej straży stoi surowość obyczajów (tzw. adaty) i określone standardy moralne, z których według Czeczenów najważniejsze są: człowieczeństwo, miłosierdzie, szacunek, czystość, równość, prawda, osoba, wstyd, sława i cześć, kultura wewnętrzna i cierpliwość, etykieta. [Hasiew 2000, s. 39] Tylko dzięki nim członek danej rodziny staje się Czeczeńcem. Stąd też pochodzi popularne powiedzenie ludowe: "Trudno być Czeczeńcem". W życiu społecznym i rodzinnym obowiązuje prawo zwyczajowe "adaty" warunkujące ściśle określoną etykietę, której naruszenie jest nie do pomyślenia. [Czesnow 1994, s.1] Etykieta obowiązuje Czeczenów podczas wszystkich świąt rodzinnych i religijnych. Np. etykieta związana z zawarciem małżeństwa zabrania przyszłym małżonkom jakichkolwiek kontaktów przed ślubem. Pan młody, po udzieleniu ślubu przez mułłę, nie bierze udziału w swoim weselu, może je jedynie obserwować z daleka. Przeważnie znajduje się w innym miejscu, gdzie bawi się tylko ze swoimi kolegami i braćmi. Z kolei panna młoda w czasie wesela stoi, nie patrzy na nikogo, nie odzywa się do nikogo. Przez określony czas już po weselu młody mąż nie może spotykać się z jej rodzicami, unika spotkań nawet ze swoimi rodzicami. W czasie świąt religijnych kobiety nie uczęszczają do meczetów, modlą się najczęściej w domach. Etykieta obowiązuje także w codziennym życiu społecznym i rodzinnym. Na przykład: w czasie poruszania się drogą, ścieżką młodzi zawsze ustępują miejsca starszym, w pomieszczeniu stoją w ich obecności, nie odzywają się pierwsi. Poza tym wszystkich siedzących w określonym pomieszczeniu obowiązuje nakaz wstawania, kiedy wchodzi do niego starszy człowiek lub kobieta. Jeżeli chodzi o stosunki rodzinne to mąż i żona nigdy nie idą po ulicy objęci, trzymając się za rękę. Wszelki dotyk i kontakt damsko-męski w obecności innych ludzi jest tabu. Zaloty odbywają się głównie przy pomocy gestów, mimiki twarzy, ale nigdy w obecności świadków. Kobieta, szczególnie młodo poślubiona, nie może siedzieć w obecności teściów i braci męża, nigdy nie odzywa się pierwsza w ich obecności. Wszystkich członków danej rodziny obowiązuje zakaz nazywania się prawdziwymi imionami. Każdy z nich posiada drugie imię - zamienne, którym nazywają go bracia, żona i dzieci. Mąż nie rozmawia z żoną o przyszłym, nienarodzonym dziecku. Do chwili urodzin nie ma tego tematu. Ojciec w obecności innych członków rodziny nie dotyka dzieci. Ścisła etykieta reguluje również tak podstawowe i drobne czynności jak sposób ubierania się: mężczyzna nigdy nie może pokazać obcej kobiecie gołych nóg, niezależnie od pory roku obowiązują go długie spodnie. Nie może zdejmować również koszuli (najczęściej białej) w obecności innych ludzi. Na głowie powinien mieć czapkę (najczęściej skórzaną lub baranicę) Kobiecie nie wolno zakładać spodni (wyjątkiem są małe dziewczynki), obowiązuje ją spódnica, niekoniecznie długa, bądź sukienka z zakrytymi ramionami. Mężatka powinna związywać włosy i chować je pod chustką, uformowaną w postaci opaski stanowiącej raczej ozdobę niż okrycie głowy. Jeżeli chodzi o spożywanie posiłków to pierwszeństwo w posileniu się należy do gościa, potem najstarszych członków rodziny, mężczyzn. Kobiety i dzieci jedzą na końcu, w oddzielnym pomieszczeniu. [Czesnow 1994, s.7-8]

Gościnność

Od momentu wejścia do domu gość otrzymuje wszystkie prawa jakie mu przysługują czyli znajduje się pod szczególną opieką gospodarza domu i jego całego klanu. Każdy gość, który pojawi się w domu, jest przyjmowany jako symbol Boga, który zawitał wraz z nim pod dach danej rodziny. Gospodarz stara się przede wszystkim najlepiej jak potrafi nakarmić gościa [Blaramberg 1999, s. 167-168] i to najlepiej tradycyjnymi potrawami czeczeńskimi takimi jak: "Korta-kogisz", "Adżabsanda", "Żiżig-galnasz", "Dalnasz", "Żiżig-czorpa", "Kherzina-żiżig", "Czepalgasz", "Siskał-czuriek", "Hingalsz" z tykwy, mięso suszone, "Hałwa". [Czecznia Fri, 2003] Jeśli gospodarz nie jest w stanie godnie przyjąć gościa pomagają mu bracia i sąsiedzi. Gość otrzymuje oddzielne pomieszczenie (najlepsze w całym domu) dla wypoczynku. Nawet jeżeli okaże się, że goszczący człowiek jest wrogiem lub ciąży na nim krwawa zemsta ze strony sąsiadów gospodarza lub innych mieszkańców, do chwili pobytu w domu, do którego zawitał, cieszy się opieką gospodarza, pozostaje nietykalny. Gość przebywa w domu tak długo jak zapragnie, nikomu z domowników nie wypada okazać mu swojego zniecierpliwienia przedłużającym się pobytem, każdy z nich stara się opiekować gościem, dotrzymywać mu towarzystwa i zabawiać go. Kiedy gość już opuszcza dom gospodarz winien go odprowadzić i wskazać właściwą drogę. Gość po przybyciu do dalszej miejscowości, może liczyć na takie samo ugoszczenie przez krewnego gospodarza, mieszkającego akurat tam. Gościnność jest opiewana w opowieściach i wypowiedziach Czeczenów jako jedna z najważniejszych wartości tradycji czeczeńskiej. [Blaramberg 1999, s. 167-168]

Już na zakończenie: obecna sytuacja Czeczenów i ich kultury uległa na tyle dramatycznej i znaczącej zmianie, iż poniższy opis może być już jedynie odbiciem przeszłości lub wizji czeczeńskich badaczy idealnej rzeczywistości, możliwej do realizacji w przyszłości, w czasie pokoju. Zapraszam do dyskusji nad tą wizją, która oczywiście nosi również odcisk opinii autora powstałych na podstawie licznych rozmów, relacji i rozmów z Czeczenami, należącymi do różnych grup pokoleniowych.


Bibliografia:
1.Ahmadov Musa., "Ispolzovanie narodnyh priedanij v psihologicheskoy rabotie s biezincami", Lam, 1(5) 2001 r.
2.Blaramberg Ioan, "Istoriczeskoje, topograficzeskoje, statisticzeskoje, etnograficzeskoje i wojennoje opisanie Kavkaza", Nalczyk: Izdatelskij Centr, 1999 r.
3.Czesnow Jan "Trudno być Czeczencem", Niezawisimaja Gazeta, 22.09.1994 r.
4.Górecki Wojciech, "Planeta Kaukaz", Warszawa-Poznań: PWN, 2002 r.
5.Hasiev Said Magomed., "O cennostnoj szkale Czeczencew", 04, 2000 r.
6.Kawkasiani L., "Naszh", Lam, 01, 2001 r.
7.Usmanow Loma "Czeczency: sztrihi k etniczeskomu portretu", Prawo - Zaszczita, 1(44),2002 r.

 

http://www.kaukaz.net/artykuly/czeczenia_art1.html 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Głodujący Czeczeni

poniedziałek, 27 lutego 2006 8:00
Światowy Program Żywnościowy (WFP) zaapelował o natychmiastowe dostarczenie funduszy, które pozwoliłyby mu znowu dostarczać jedzenie tysiącom ludzi w Czeczenii i Inguszetii. Dwa miesiące temu organizacja była zmuszona zawiesić pomoc dla 150 tysięcy ludzi w rejonie Czeczenii i Inguszetii. Z obiecanych na rok 22 milionów dolarów WFP otrzymał tylko 12 procent. Obecnie sytuacja stała się szczególnie dramatyczna w związku z niespotykanie ciężką zimą. Spadek temperatury do minus 33 stopni powoduje śmierć dziesiątek ludzi.

- Tegoroczna zima jest wyjątkowo mroźna. To straszna sytuacja, bo ci biedni ludzie, którzy już tyle wycierpieli przez wiele lat, muszą sobie radzić z zagrożeniem mrozem nie mając jedzenia - powiedział Chris Czerwiński - przedstawiciel WFP w Rosji.

W najbliższym czasie przewidziane są dostawy żywności dla 250 tysięcy ludzi. Niestety, w ponad 36 tonach produktów, brakuje artykułów pierwszej potrzeby, takich jak mąka, proso, olej, sól.

Wewnętrzne konflikty w Czeczenii, które trwają od września 1999 roku zmusiły tysiące mieszkańców do ucieczki w sąsiednie rejony - do Inguszetii. Niestabilna sytuacja nie pozwoliła wielu z nich na powrót do kraju. Jednak 37 tysięcy osób podjęło decyzję powrotu do Czeczenii. Żyją oni teraz w bardzo trudnych warunkach, walcząc o przeżycie w spustoszonym kraju.

WFP zwykle dostarcza żywność dla jednej trzeciej Czeczenów. Z tej pomocy korzysta 120 tysięcy osób, głównie starszych i chorych - w Czeczenii, 26 tysięcy 500 osób w Inguszetii i 131 tysięcy dzieci ze szkół podstawowych i liceów w 409 szkołach w 14 okręgach Czeczenii.

http://www.pomagamy.pl/niusy/zywnosc_dla_czeczenii_un.htm

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

TVP2 27 lutego 2006, godz. 22.45 - "Warto rozmawiać".

poniedziałek, 27 lutego 2006 7:32


Od kilkunastu lat Czeczenia jest miejscem zbrojnego konfliktu. Po dwóch falach walk nazwanych: I i II wojną czeczeńską, wojną wojsk rosyjskich i z czeczeńskimi bojownikami, władze rosyjskie ogłosiły koniec wojny w Czeczenii i przystąpiły do tzw. działań stabilizacyjnych. Mimo zapowiadanej normalizacji, konflikt trwa rozszerzając się na cały Kaukaz. Odpowiedzią władz Federacji Rosyjskiej na działania partyzantów czeczeńskich, są akcje terroru wobec ludności cywilnej, pacyfikacje i tzw. zaczystki. Niedostępne górskie kryjówki partyzantów utrudniają rosyjskim wojskom prowadzenie skutecznych działań. Agresja żołnierzy kierowana jest przeciw niewinnym ludziom. Niemal każdego dnia giną kobiety i dzieci. Jak to możliwe, że w czasach "globalnej wioski", światowej sieci informatycznej, satelitarnej łączności i zapotrzebowania mediów na newsa, międzynarodowa opinia publiczna tak skutecznie jest izolowana od wiadomości o czeczeńskiej tragedii? Dlaczego w świecie w którym idea praw człowieka staje się swoistym sacrum nie słychać protestów przeciw torturom i mordom na ludności cywilnej w Czeczenii? Dlaczego opinia publiczna, która zdecydowanie potępia znęcanie się nad więźniami irackimi i tropi bazy lotnicze w Europie, w których podobno przetrzymuje się bojowników Al-Kaidy, milczy w sprawie morderstw niewinnych ludzi w Czeczenii?

O tym warto rozmawiać.

http://ww2.tvp.pl/4528,20051110266637.strona

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

wtorek, 28 lutego 2017

Licznik odwiedzin:  37 090  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728     

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione blogi

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 37090

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Pytamy.pl