Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 263 541 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zachód nie chce azylantów

czwartek, 20 kwietnia 2006 8:39
RAPORT ONZ


Liczba osób starających się o azyl na całym świecie gwałtownie spada. Nie dzieje się tak, bo wojny wygasają, lecz dlatego, że bogate państwa nie chcą przyjmować uchodźców. W ten sposób sprawę przedstawia wysoki komisarz ds. uchodźców

ONZ alarmuje. Osoby starające się o azyl nie są już traktowane jako potrzebujące schronienia, lecz jako potencjalni przestępcy

Opublikowany wczoraj dokument zaczyna się obiecująco: przesiedleńcy z krajów, przez które przetoczyła się wojna, masowo powracają do swoich domów. Jednocześnie coraz mniej ludzi jest zmuszanych do ucieczki, bo nawet w najbardziej zapalnych punktach świata jest spokojniej niż kiedyś. O ile 15 lat temu UNHCR naliczył 18 milionów uchodźców, o tyle w 2005 roku - dwa razy mniej.

Lepiej, ale gorzej

Tak gwałtowny spadek to po części skutek zakończenia trzech konfliktów, które najbardziej przyczyniały się do napędzania fali exodusu: w Afganistanie, w Angoli i w Sierra Leone. - Jest to być może chwilowa tendencja, bo wciąż wybuchają nowe wojny, których skutkiem jest masowa ucieczka ludności - ostrzega jednak wysoki komisarz ds. uchodźców Antonio Guterres. Wystarczy wymienić prowincję Darfur w północnym Sudanie, gdzie w ciągu ostatnich trzech lat muzułmańskie bojówki wymordowały blisko ćwierć miliona cywilów, a dwa miliony zmusiły do opuszczenia swoich domów.

Spadek liczby uchodźców może być tymczasowy również dlatego, że masową migrację powodują nie tylko konflikty, ale także - w coraz większym stopniu - stale pogłębiające się różnice między bogatym Zachodem a resztą świata. Im gorzej dzieje się w biednych regionach Azji czy Afryki, tym bardziej atrakcyjne dla ich mieszkańców są Stany Zjednoczone i kraje Unii Europejskiej.

Intruzom dziękujemy

Jeszcze niedawno imigranci z tych kontynentów byli jeśli nie mile widziani, to przynajmniej tolerowani. Teraz jednak UNHCR alarmuje, że w ostatnich latach ich sytuacja znacząco się pogorszyła. "Osiągnęliśmy punkt krytyczny" - pisze wysoki komisarz w swoim raporcie, mając na myśli państwa, które radykalnie zaostrzyły swoją politykę wobec uchodźców. "Osoby ubiegające się o azyl nie są już traktowane jak potrzebujące schronienia; przedstawia się je jako potencjalnych przestępców i terrorystów" - krytykuje Guterres. Za największą porażkę ONZ uznał on jednak wciąż nierozwiązany problem tzw. uchodźców wewnętrznych - osób, które mają w swojej ojczyźnie status uciekiniera. Tylko w Demokratycznej Republice Konga i Sudanie jest ich ponad 7 milionów. Wygnani z domów ludzie nie mogą znaleźć schronienia za granicą, więc koczują w obozach dla uchodźców we własnych krajach.

Polski fenomen

- Mamy taki podział uchodźców, jakiego nie ma żaden inny kraj: 95 procent z nich to obywatele byłego ZSRR - mówi "Rz" Agnieszka Kosowicz z polskiego biura UNHCR. Według niej Polska staje się coraz bardziej atrakcyjna dla imigrantów, ale wciąż nie na tyle, by można się było bać ich najazdu. Jeszcze dwa lata temu 75 procent z nich traktowało nasz kraj jako przystanek w drodze za Odrę. - Odkąd jesteśmy w Unii, ten odsetek spadł do 50 procent, co oznacza, że na zamieszkanie w Polsce decydują się nie więcej niż 4 tysiące osób rocznie. To niewiele - dodaje Kosowicz. - Czeczeni czy Białorusini wciąż wolą zachodnią Europę. Tu nie ma dla nich ani pracy, ani możliwości zdobycia wykształcenia.

Atrakcyjna czy nie - Polska też odczuła spadek liczby uchodźców. W zeszłym roku przyjechało ich do nas około sześciu tysięcy.

RAFAŁ KOSTRZYŃSKI, reuters
Rzeczpospolita 

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Łowcy wnętrzności

czwartek, 30 marca 2006 20:15

Marcin Fabjański/09:07

 Przekrój

Handel organami to potężna, choć podziemna, gałąź gospodarki światowej

Wizja z filmu "Matriks" - hodowla ludzi dla pozyskania narządów spełnia się na naszych oczach. Bogaci traktują biednych jak chodzące źródło części zamiennych. Tam, gdzie wojna, bieda i korupcja, jest też nielegalny handel organami.

Na wystawie fotografii "Czeczenia - ostateczne rozwiązanie", którą niedawno pokazywano w warszawskim Pałacu Kultury, jest zdjęcie zwłok Czeczenów ze śladami wielkiego cięcia chirurgicznego przez środek ciała. Adam Borowski z Komitetu Polska-Czeczenia nie ma wątpliwości - Rosjanie przerabiają ciała zabitych wrogów na organy. Borowski wie o klinice pod Moskwą, gdzie liczba przeszczepów wzrosła tak bardzo, że stało się jasne, iż narządy nie mogą pochodzić ze źródeł naturalnych. Najwięcej organów ginie z ciał młodych Czeczenów.

 


Narządy wędrują zwykle z południa na północ. Z ciał biedaków do ciał bogatych. Z ciał kobiet do ciał mężczyzn, często przez różne kraje i kontynenty. To cena globalizacji. Istnieją całe szlaki przerzutowe poszczególnych części ciała - ścięgna Achillesa na przykład pozyskiwane są w RPA, sprzedawane brokerom w Korei Południowej, a potem dostarczane na rynek USA i Kanady. Transwestyci z Brazylii kupują penisy więźniów z Sudanu, których skazano na ich amputację za zdradę małżeńską. Bogaci Arabowie używają organów Pakistańczyków, Japończycy i Amerykanie kupują materiał od Chińczyków, gdzie działa przemysł odzyskiwania narządów z ludzi skazanych na śmierć.

Prasę światową obiegły setki tekstów o tym, jak starannie przeprowadza się chińskie egzekucje więźniów. Nadzorują je lekarze. Potrzebują gałek ocznych - każą strzelać w serce. Potrzebują serca lub wątroby - wyznaczają na cel środek czoła. Zabitym ucinają palce, całe kończyny, wydobywają z ich ciał poszczególne kości. Jeden z lekarzy opowiadał pracownikom Human Rights Watch o usunięciu w nocy obu nerek żywemu, znieczulonemu więźniowi. Dopiero rano zabito go strzałem w głowę.

Światowy rynek handlu organami powstał w latach 70. wraz z rewolucją w transplantologii. Wprowadzony w latach 80. lek o nazwie cyklosporyna umożliwił masowe przeszczepy nerek nawet w krajach, gdzie medycyna nie stała na najwyższym poziomie - takich jak Indie.

 

Dzisiaj handel organami to potężna, choć niemożliwa do oszacowania, bo podziemna, gałąź gospodarki. Międzynarodowa mafia, która prawdopodobnie pozyskuje narządy z ciał zabitych Czeczenów, żeruje na tym, że na wojnie łatwo o trupa. Ale nie tylko konflikty zbrojne sprzyjają temu handlowi. Także korupcja, bieda, ignorancja pacjentów i niski poziom etyki medycznej. Kraje, w których występują te zjawiska, to naturalne bazary dla międzynarodowych handlarzy.

Wojna - bazar z narządami

Organizacje humanitarne szacują, że w Czeczenii zginęło 120 tysięcy ludzi, z czego 17 tysięcy w obozach koncentracyjnych. Wielu zaginęło bez wieści. Rosjanie w Czeczenii doskonale wiedzą, jak ważne dla mieszkańców tego kraju jest to, żeby pochować zmarłych krewnych. Dlatego sprzedają im ciała za astronomiczne jak na ten region sumy - nawet za trzy tysiące dolarów. Nie ma danych, ile mafia zarabia dodatkowo na handlu narządami zabitych. Wojna i polityka Kremla uniemożliwiają swobodne działanie organizacji humanitarnych.

Wiadomo za to, kto pilnuje, żeby świat wiedział o tej republice kaukaskiej jak najmniej - Ramzan Kadyrow, namaszczony niedawno przez Moskwę zarządca Czeczenii. Rosja kupiła jego lojalność w zamian za zostawienie mu dużej swobody, a to oznacza, jak pisze "The Economist", zgodę na "uprowadzanie, torturowanie i zabijanie". Ostatnio Kadyrow chciał wyrzucić z kraju przedstawicieli organizacji humanitarnej - Duńskiej Rady Uchodźców, która nie pozwala umrzeć z głodu 150 tysiącom Czeczenów. Wycofał się pod naciskiem Kremla.

W latach 70. reżim w Argentynie pozyskiwał materiał do przeszczepów od zabijanych wrogów politycznych. Lekarze w szpitalach składali zamówienia prosto w wojsku. W czasach wojny w Jugosławii wielkie pieniądze na transplantacjach organów zrobiło kilka klinik w pobliskich Włoszech, zanim siadła im na karku prokuratura. Dzisiaj Izrael oficjalnie przyznaje, że pobiera narządy z zabitych "palestyńskich terrorystów". Rząd Izraela tłumaczy słuszność tego działania na różne sposoby, na przykład tym, że ratują one życie ludziom. Ale zabitym żołnierzom izraelskim nikt samowolnie nie usuwa części ciała.

Korupcja chroni bandytów

Czarny rynek narządów oznacza śmierć tysięcy ludzi. W Salwadorze, który jest zagłębiem dzieci porywanych dla prostytucji i wywożonych do innych krajów, można kupić całe dziecko za 16 tysięcy dolarów, potem podhodować je na narządy, pobrać je, a dziecko zabić albo pozwolić mu umrzeć.

Misjonarze katoliccy z Mozambiku alarmują, że znajdują masowe groby dzieci z pokrojonymi ciałami. Z prowadzonych przez nich sierocińców bandyci próbują regularnie uprowadzać sieroty. Na zakonnice z Nampuli, które odkryły proceder, napadła uzbrojona banda. Jedną z luterańskich zakonnic, Brazylijkę Doraci Edinger, zamordowano w lutym 2004 roku w jej mieszkaniu. Zakonnice boją się o życie. Wykryły, że napady urządza międzynarodowa mafia z kilku krajów: Mozambiku, RPA, Brazylii, Turcji i Portugalii. Narządy zabitych, a nawet żywe dzieci były wywożone samolotami do RPA i Turcji. Prokurator generalny Mozambiku dostał pełną dokumentację, łącznie ze zdjęciami masowych grobów i rozciętych ciał. Ale śledztwo szybko umorzono z powodu braku dowodów. Oficjalnie władze Mozambiku twierdzą, że w ich kraju nie ma problemu z czarnym rynkiem narządów.

Bieda - główny motyw

Powód sprzedawania swojego ciała kawałek po kawałku jest podobny na całym świecie - długi. Różnica jest taka, że mieszkańcy najbiedniejszych krajów są bardziej zdeterminowani. I tańsi. W Kolumbii można od rodziców kupić oczy albo nerkę ich dzieci za 500 dolarów.

- Na Filipinach pewien mężczyzna pytał mnie, czy nie kupiłabym jego oka, nogi albo czegokolwiek innego, co ma w dwóch egzemplarzach - opowiada "Przekrojowi" profesor antropologii z kalifornijskiego uniwersytetu w Berkeley Nancy Scheper-Hughes, która założyła organizację pozarządową Straż Narządów.

 

Na Filipinach widziała całe wioski, których mieszkańcy utrzymują się z wyprzedawania własnych ciał. Najpierw nerkę sprzedaje ojciec. Gdy się skończą pieniądze - najstarszy syn, potem młodsi synowie. Na końcu żony i córki.

W Kolumbii zdarza się, że lekarze wyłudzają narządy od żywych ludzi. Według lokalnych gazet lekarze wmówili rodzicom małego chłopca, że ma on guza mózgu i trzeba usunąć mu gałki oczne. Badania po amputacji wykazały, że żadnego guza nie miał.

Nancy Scheper-Hughes w roku 2003 oznajmiła na forum Rady Europy, że na naszym kontynencie kradnie się ludziom narządy pod groźbą śmierci. Oficjalnie podziękowano jej za czujność, a nieoficjalnie została wyśmiana. Dopiero gdy Scheper-Hughes dostarczyła świetną dokumentację kilku przypadków, Rada zmieniła zdanie i wydała specjalny dokument. Apeluje w nim do państw Europy o zaostrzenie prawa wobec handlarzy organów i o działania edukacyjne: informowanie ludzi, jakie są zdrowotne konsekwencje sprzedawania swoich organów.

Oto jeden z przykładów, które dotarły do Rady Europy: Turcy zaproponowali 300 mężczyznom z wiejskiego regionu w centrum Mołdawii pracę w Stambule. Tam Mołdawianie przeżyli to, co zwykle przeżywają kobiety uprowadzone dla prostytucji - odebrano im paszporty, trafili do zamkniętych pomieszczeń, potem usłyszeli, że pracy nie ma, za to muszą zapłacić za utrzymanie swoim "opiekunom". Najpierw krwią, którą im pobrano. Potem - gdy bandyci znaleźli klientów z odpowiednią grupą krwi - nerkami. Opornym grożono śmiercią.

Mężczyźni wrócili potem bez nerek do domu, ale ich koszmar się nie kończył. Sąsiedzi widzieli w nich męskie prostytutki, tracili szansę na założenie rodziny. Dla mołdawskich wieśniaków mężczyźni bez nerki nie są prawdziwymi mężczyznami. Matki zabraniały córkom zadawać się z nimi.

Polski wkład

Zdaniem policji nie ma problemu nielegalnego handlu nerkami w Polsce. W Komendzie Głównej mówią, że w ostatnich latach było najwyżej 20 przypadków. Ale Internet roi się od ofert, w tym od pośredników. A pośredniczenie w handlu narządami jest karalne. W lipcu 2005 roku Sejm w ustawie o pobieraniu, przechowywaniu i przeszczepianiu komórek, tkanek i narządów zaostrzył kary za handel narządami do trzech lat pozbawienia wolności. A jeśli ktoś uczyni z handlu narządami stałe źródło dochodu, grozi mu nawet pięć lat.

Ogłoszenie w Internecie było oszczędne: ,Sprzedam nerkę stan zdrowia b. dobry grupa krwi 0Rh+ lat 38 honorowy dawca krwi!". Do tego numer telefonu i cena.

Dzwonię. Odzywa się męski głos:

- Ja w sprawie ogłoszenia, wciąż aktualne?

- Pan zaczeka do piątku, jedna kobieta z Holandii chce ją kupić. Nie kupi, sprzedam panu.

- Ile ona panu daje?

- 10 tysięcy euro, po tyle w Europie chodzą. Ale panu sprzedam za 33 tysiące złotych, tak jak w ogłoszeniu.

Mój rozmówca najpierw chciał sprzedać nerkę na Allegro. Nie przyjęli. Wstawił więc ogłoszenie na strony Ale.gratka.pl. Sprzedaje, bo nie ma czym spłacić kredytu.

Dwa lata temu opisywałem (,Przekrój" numer 5/2004) historię Kamila Bartoszka, studenta Uniwersytetu Warszawskiego, który został zabity w okolicach Puław przez ochroniarzy dyskoteki. Tak przynajmniej twierdzi jego rodzina, niezależny patolog, kilku świadków, którzy boją się powiedzieć to otwarcie, i wynajęci przez rodzinę detektywi. Inaczej puławska policja i prokuratura, która umorzyła śledztwo. Patolodzy z Krakowa, którzy robili powtórną sekcję zwłok Kamila, nie znaleźli w ciele jednej nerki i nadnerczy. Rodzice zaskarżyli Zakład Medycyny Sądowej w Lublinie, gdzie odbyła się pierwsza sekcja, o sfałszowanie jej wyników. Sąd w Lublinie miesiąc temu oddalił skargę, bo nie dopatrzył się przestępstwa.

Rynek rośnie

Większość krajów Zachodu, w tym Polska, udaje, że nie toleruje handlu ludzkimi organami. Według prawa lekarze powinni pobierać narządy tylko od zmarłych lub od członków rodziny pacjenta czekającego na przeszczep. Ale praktyka jest inna - to niekontrolowany i nielegalny handel narządami. Parlament Europejski już od roku 2003 przymierza się do wprowadzenia prawa, które będzie surowo karać takie pozyskiwanie narządów dla mieszkańców naszego kontynentu od Azjatów, Afrykanów czy dawców z Ameryki Południowej.

Pacjentom to nie pomoże. W Europie Zachodniej 120 tysięcy osób jest stale poddawanych dializie, 40 tysięcy czeka na przeszczep nerki nawet po trzy lata. Dlatego coraz więcej organizacji dopomina się, żeby ten handel zalegalizować.

W Iranie handel organami już jest legalny. Dawcom nerek płaci się 1200 dolarów, co zlikwidowało kolejki do przeszczepów. Ale z badań Akademii Medycznej w Kermanszach wynika, że 65 procent tych, co je sprzedali, twierdzi, iż pogorszyło to ich sytuację na rynku pracy. 70 procent cierpiało na depresję po operacji, 60 procent miało napady lęku, nie licząc negatywnych skutków fizycznych.

Specjaliści spierają się, czy model irański jest słuszny. W sąsiednim Iraku, gdzie z powodu ostatniej wojny bezrobocie wynosi 60 procent, czarny rynek handlu narządami rozkwita. Nerka kosztuje 700 dolarów. Pensja policjanta, który ma duże szanse nie przeżyć do końca miesiąca, wynosi 150 dolarów. Może więc Irakijczycy woleliby sprzedawać nerki legalnie i za lepsze pieniądze, tak jak w Iranie.

Legalizacja handlu narządami może uderzyć w przestępców. Wiele organów na amerykański rynek dostarcza mafia. Niektóre pochodzą z sąsiedniego Meksyku - kobiety, które znikały w Juarez, prawdopodobnie zabijano dla ich narządów.

Nowojorska firma Biomedical Tissue Services kupowała organy prosto od właściciela domu pogrzebowego. Rodziny zmarłych nie miały o niczym pojęcia, dopóki do obu firm nie dobrała się policja. W handlu narządami biorą udział skorumpowani lekarze, wylani ze studiów studenci medycyny, gangsterzy. Gałki oczne (dwie sztuki) kosztują w USA 5 tysięcy dolarów, płuca - 50 tysięcy, serce - 60 tysięcy, wątroba - 40 tysięcy, a nerka - 20 tysięcy. Ludzkie ciało zaczyna przypominać dom towarowy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

okcydentalizm, postsowietyzm i prawosławie

czwartek, 16 marca 2006 9:20
Zdaniem Aleksandra Zinowiewa Rosja to kraj w stanie upadku. Obalenie komunizmu pozostawiło pustkę, którą starają się zapełnić rozmaite prądy myślowe i ideologie - prawosławie zyskujące wyraźne poparcie władzy, globalizacyjny "okcydentalizm", wielkoruski "fundamentalizm narodowy" czy "eurazjanizm". Wszystkie one usiłują przejąć rosyjski rząd dusz i stać się masowymi ideologiami na miarę marksizmu-leninizmu. Jednak w opinii Zinowiewa żadna z nich nie stanowi adekwatnej odpowiedzi na sytuację, w jakiej znajduje się Rosja - żadna nie jest oparta na wystarczająco dogłębnym zrozumieniu nowego rosyjskiego społeczeństwa.

W efekcie przewrotu antykomunistycznego, jaki dokonał się za Gorbaczowa i Jelcyna, w Rosji została zniszczona radziecka organizacja społeczeństwa. Najbardziej okrutnie potraktowano przy tym sferę ideologiczną. Ku Rosji popłynęły strumienie ideologii zachodniej, rozpoczęła się wspierana przez władze reanimacja prawosławia, jak grzyby po deszczu pojawiają się rozmaite sekty i szarlatańskie doktryny. Określenie "bezprawie" opisuje tę sytuację nie gorzej niż różne inne aspekty społecznej organizacji kraju.
Rosjanom tonącym w bagnie ideologicznego chaosu z wyżyn politycznej i ideologicznej "elity" rzuca się od czasu do czasu małe i duże "brzytwy", z pomocą których powinni rzekomo zyskać orientację w poradzieckiej przestrzeni ideowej. Te ideologiczne brzytwy mają trojaki charakter, układają się zgodnie z trzema liniami. Są to po kolei: linia sowietyzmu, okcydentalizacji i narodowego rosyjskiego fundamentalizmu.

Choć ideologia sowiecka została zniszczona, pozostało po niej znaczące dziedzictwo. Przetrwało nie tylko dlatego, że po prostu nie sposób go unicestwić w tak krótkim czasie. Zachowuje się je umyślnie, a nawet z rozmaitych przyczyn wzmacnia. Czytelnik może to dostrzec w telewizji, kinie, teatrach, gazetach, na wystawach, w trakcie jubileuszy i przy okazji różnych społecznych przedsięwzięć. Gospodarze nowej Rosji na wszelkie sposoby starają się sprawiać wrażenie, że kontynuowany jest pewien "normalny" tryb życia - odrzucono koszmary komunizmu, a wszystko, co wartościowe trwa, jakby nic się nie stało.

Czy idee restauracji sowieckiej organizacji społeczeństwa mają perspektywy? Według mnie - żadnych. Ideały komunizmu są na tyle zdyskredytowane, że nawet potężna partia komunistyczna (KPFR) w znacznej mierze się ich wyrzekła. Zachód nie zatrzyma się przed użyciem najnowszej broni przeciw Rosji, jeśli pojawi się realne zagrożenie restauracją komunizmu. Ale nawet bez ingerencji Zachodu obecna polityczna władza Rosji, jakkolwiek bezradna w innych sprawach, jest wystarczająco silna i zdecydowana, by w najbardziej okrutny sposób zdławić próby restauracji komunizmu. Zdławić pod pretekstem batalii przeciw terroryzmowi i ekstremizmowi.

Okcydentalizacja powoduje, że do głów Rosjan niepohamowanym strumieniem wlewają się ścieki zachodniej ideologii. Ale i tu w stronę ideologicznego rosyjskiego grzęzawiska rzuca się brzytwę ratunkową. Rzuca ją zarówno "Kreml", jak i "społeczeństwo obywatelskie" - partie polityczne, ruchy społeczne, organizacje kulturalne. Ogólnie wygląda ona mniej więcej tak, jak w pewnej popularnej kreskówce, w której kot Leopold zwraca się do myszy: "Słuchajcie, zacznijmy żyć w przyjaźni!". Kota można traktować jako założyciela pewnej odmiany postsowieckiej ideologii. Jego bezpośrednim kontynuatorem został pierwszy prezydent Rosji Jelcyn, który po dokonanym pod jego kierownictwem zburzeniu Rosji radzieckiej zwrócił się do Rosjan z apelem, by żyć w jedności i przyjaźni.
Dziś nie podejmuje się żadnych, choćby najbardziej nieśmiałych prób obiektywnej analizy struktury społecznej, która powstaje w Rosji w miejsce zburzonej struktury radzieckiej. Czy mogą żyć w zgodzie z jednej strony rekiny finansjery, właściciele luksusowych rezydencji, którzy wzbogacili się, ograbiając większość społeczeństwa, z drugiej - ograbieni i wynędzniali współobywatele, mieszkańcy slumsów? Czy istnieje jakakolwiek wspólnota, którą tworzą bezrobotni, dzieci i młodzież wychowane przez ulicę, skorumpowani urzędnicy, odnoszący sukcesy politycy, przestępcze gangi, obrastający tłuszczem popi, ateiści, wyrzuceni z wojska oficerowie i wyeliminowani ze świata nauki uczeni? Czy da się samymi tylko namowami zmusić miliony ludzi, by żyli zgodnie z prawem - ludzi, którzy stali się przestępcami pod wpływem warunków, jakie stwarza nowa organizacja społeczeństwa?

Istota takiej ideologicznej "brzytwy ratunkowej" jest trywialna: skłonić Rosjan do pogodzenia się z rezultatami, które przyniósł przewrót antykomunistyczny, do ucieczki od życiowo ważnych problemów społecznych, a jeszcze bardziej do rezygnacji z podejmowania w tej kwestii jakichkolwiek decyzji. Namówić ofiary reform, by były posłuszne, nie wchodziły w konflikty między sobą ani nie wszczynały konfliktów z władzą. Wywołać wrażenie, jakby wszystko, co się wydarzyło, było nieuniknione i działo się dla dobra kraju i narodu, uciec od odpowiedzialności za historyczne głupstwa i przestępstwa.
Niech przedstawiciele elity politycznej, rzucający tonącym Rosjanom "brzytwy" pod postacią słów "zgoda", "praworządność", "sprawiedliwość" itp., odpowiedzą sobie na pytania: czy możliwe jest porozumienie między grabieżcami a ograbionymi? Czy bajeczne bogactwa zostały zdobyte przez nieznaczną część Rosjan zgodnie z prawem? Czy sprawiedliwe są gigantyczne fortuny mniejszości Rosjan i nędza większości?

Jeden z przywódców partii władzy wspomniał o konieczności jednoczenia się Rosjan "w obliczu światowego terroryzmu". Od razu nasuwa się porównanie ze zburzoną KPZR - wzywała ona ludzi radzieckich do jednoczenia się w walce o budowę komunistycznego ustroju społecznego, w walce przeciw kapitalistycznemu (imperialistycznemu) światu zachodniemu, którą ludzie radzieccy prowadzili na przestrzeni całej historii ZSRR. A teraz - "w obliczu światowego terroryzmu"! Rosja nieporównanie bardziej ucierpiała i cierpi z powodu politycznych kretynów i zdrajców, grabieżczej prywatyzacji, przestępczości zorganizowanej, narkomanii, nędzy, wymierania ludności, degradacji potencjału intelektualnego itd. Jeśli się jednoczyć, to już lepiej w obliczu niebezpieczeństwa pożarów, powodzi, masowych grabieży, wymierania ludności, spadku poziomu dzietności, wychowywania dzieci i młodzieży przez ulicę i innych zjawisk tego typu, które stały się codziennością poradzieckiego życia.

A ileż "brzytew ratunkowych" rzuca się ku ideologicznemu grzęzawisku poradzieckiej Rosji w imię reanimacji fundamentalizmu rosyjskiego, włączając tu w pierwszej kolejności prawosławie! Nowi włodarze kraju (których znacząca część stanowiła niegdyś ateistyczną elitę KPZR i otrzymała ateistyczne wykształcenie) szybko nauczyli się gestów liturgicznych i udając żarliwych chrześcijan, postawili na Cerkiew prawosławną, pretendującą do roli duchowego przewodnika w dziele odrodzenia Rosji. Takiego płaszczenia się przed wszystkim, co związane jest z prawosławiem, monarchią, szlachtą itp., jakie możemy obecnie obserwować, nie było nawet w czasach przedrewolucyjnych. Jeśli nagle zostanie przyjęta decyzja o przemianowaniu prezydenta na cara lub imperatora i o wprowadzeniu tytułów szlacheckich dla urzędników i bogaczy, z pewnością podniosą się okrzyki triumfu, jakich nie było nawet w maju 1945 roku.
Jednym z najkoszmarniejszych (jeśli nie najbardziej koszmarnym) następstw przewrotu antykomunistycznego pozostaje ideologiczna degradacja Rosji. Z najbardziej oświeconego kraju, gdzie najsilniej oddziaływała obywatelska (niereligijna) ideologia, Rosja w porażająco krótkim (z historycznego punktu widzenia) czasie zmieniła się w kraj ideologicznego chaosu i religijnego obłąkania porównywalnego z sytuacją w krajach islamskich. Ten bezprecedensowy historyczny upadek Rosji usiłuje się przedstawiać jako wyzwolenie od ucisku ideologii komunistycznej, przejaw wolnego wyboru narodu, duchowe dojrzewanie i odrodzenie narodowe itp. Pod pretekstem odrzucenia marksizmu-leninizmu jako ideologii państwowej zburzono całą sferę świeckiej (niereligijnej, obywatelskiej) ideologii, która nie sprowadzała się bynajmniej do samego tylko marksizmu-leninizmu. Prawosławie przy wsparciu nowej władzy po prostu przejęło zwolnione miejsce, podobnie jak pewna część ludności kraju przejęła całą sferę ekonomiczną, stworzoną w czasach radzieckich i zdezorganizowaną w rezultacie przewrotu.

Jednocześnie wraz z reanimacją prawosławia w środowisku inteligencji rosyjskiej (a konkretnie tej jej części, którą nazywam "ideologencją") rozpoczęły się poszukiwania "idei narodowej", która pod względem siły oddziaływania na masy byłaby porównywalna z marksizmem-leninizmem, ale zarazem była jego zaprzeczeniem. To musi być narodowa rosyjska ideologia. Większość etnicznych Rosjan powinna ją przyjąć, zainspirować się nią, zapomnieć o różnicach pozycji społecznych i interesów, zjednoczyć się i pomaszerować w zgodnych szeregach po ścieżce odrodzenia i rozkwitu Rosji. Pod względem intelektualnym idea ta nie ustępuje ideologii kota Leopolda.

Idea narodowa różni się od wspomnianej idei jedności i zgody tym, że wychodzi nie od władzy i partii politycznej, zamierzającej służyć "Kremlowi" i uczestniczyć w rządzeniu, lecz ze środowiska Rosjan zatroskanych ciężkim stanem narodu rosyjskiego i groźbą jego wyginięcia. Stawia sobie za cel zjednoczenie Rosjan i zagrzanie ich do boju o swoje narodowe interesy. Cel wydaje się szlachetny. Lecz - jak to się mówi - szlachetnymi intencjami wybrukowana jest droga do piekła. W praktyce z ideologii tej wyłania się coś, co w pełni wkomponowuje się w istniejący stan ideologicznego chaosu. Rosyjscy nacjonaliści zrzucają całą winę za stan, w jakim znaleźli się Rosjanie, na przedstawicieli innych narodowości, zwłaszcza na Żydów. Ale przecież większość tych, którzy odegrali najbardziej aktywną rolę w zburzeniu ZSRR i dawnego ustroju społecznego, to etniczni Rosjanie. Sedno sprawy tkwi nie w etnicznych, ale w społecznych przyczynach, które zwolennicy "idei narodowej" ignorują lub których nie pojmują, gdy zabierają się za rozważania na ich temat.

Znaczące miejsce wśród opisywanych tu "brzytew ratunkowych" zajmują idee eurazjanizmu. Ich zwolennicy dokładnie tak samo ignorują albo błędnie rozumieją procesy społeczne, jakim podlega ludzkość, faktyczną sytuację Rosji i jej pozycję w procesie globalizacji. Szanse Rosji na to, by zjednoczyła kraje azjatyckie i stanęła na ich czele w konfrontacji z USA i państwami NATO, są równe zeru. Takie same są szanse, że ideologia zakładająca przewodnią rolę Rosji jako siły integrującej narody Europy i Azji w tej walce będzie miała znaczące powodzenie w Rosji, a więc i wpływ na strategię polityczną rosyjskich elit. Rosja już wkroczyła na ścieżkę okcydentalizacji, przystąpiła do procesu globalizacji w jego okcydentalistycznym (amerykańsko-europejskim) wariancie. I jeśli jakiekolwiek siły i wydarzenia zawrócą ją z tego kursu, w żadnym wypadku nie zrodzi tych sił eurazjanizm.

Ostatnia "brzytwa", której uchwycenie proponuje się Rosjanom tonącym w bagnie ideologicznego chaosu, to patriotyzm.

Jako wzór patriotyzmu przywołuje się często postawę ludzi radzieckich w latach wojny z hitlerowskimi Niemcami. Jednocześnie (nie wiadomo, czy celowo) pomija się to, że na jednego bohatera przypadały setki egoistów i tchórzy, że niepatriotyczne zachowania były karane, a patriotyczne nagradzane, że miliony ludzi stawiano w sytuacji, w której byli zmuszeni dokonywać czynów patriotycznych, że stopień patriotyzmu narodu zmieniał się, że masowy patriotyzm był organizowany poprzez kolosalne nakłady systemu władzy i aparatu ideologicznego itd. W konsekwencji działania szeregu czynników w masie narodów ZSRR został wypracowany stan, którego elementem był wysoki poziom patriotyzmu. Przejawiało się to w nieskończonej ilości ludzkich zachowań i okazało jednym z czynników zwycięstwa. Dyskusje na temat patriotyzmu i nawoływania do niego odegrały w tym gigantycznym uformowaniu narodu niewielką rolę.

W obecnej sytuacji poziom patriotyzmu ludności rosyjskiej pozostaje nadzwyczajnie niski - jak nigdy dotąd, bliski zeru. Więcej - nie widzę w Rosji sił zdolnych podnieść poziom patriotyzmu i zainteresowania nim. Tu możliwa jest jedynie imitacja patriotyzmu, podróbka - niezobowiązująca jednak mas rosyjskich do patriotycznych zachowań. Nastroje patriotyczne nie mogą się tak po prostu ucieleśnić w działaniach, które jednoczą w jeden nurt zachowania narodu, realizując jego interesy, gdyż takiej jedności narodu i narodowych interesów w poradzieckiej sytuacji po prostu nie ma. Gdzie ten wróg i wojna, w obliczu której naród stanie się jednolitą całością? Jaki jest ten wielki cel, dla osiągnięcia którego naród w swej masie gotów jest ponieść ofiary? Nie ma takiego wroga, bo głównymi wrogami dla większości Rosjan są współrodacy będący beneficjentami kontrrewolucyjnego przewrotu.

W Rosji podejmuje się pojedyncze próby wypracowania ideologii adekwatnej do współczesnych warunków i wymagań, ideologii świeckiej (niereligijnej) i nienacjonalistycznej, opierającej się na badaniach naukowych nad współczesną rzeczywistością.

Ale ma ona nikłe szanse przebić się do obiegu informacyjnego oraz zyskać uznanie, nawet jeśli osiągnie wysoki poziom intelektualny. Dlaczego? Sedno sprawy tkwi w tym, że ogromna liczba ludzi okupujących ideosferę i żyjących na jej koszt, zrobi wszystko, co w ich mocy, aby temu przeszkodzić. Potrzebne są wysiłki wielu osób i dużo czasu, by usunąć tę przeszkodę. A żeby taka doktryna otrzymała status masowej, uznanej ideologii, potrzebne są siły zdolne nadać jej autorytet społeczny (np. władza najwyższa). Ale i to nie wystarczy. Idee same z siebie do ludzkich głów nie wchodzą, niezależnie od tego, jak byłyby dobre. Do tego potrzeba mnóstwa osób, które zajmowałyby się tą sprawą profesjonalnie. Osoby te powinny być zorganizowane w jednolitą całość - tu musi zacząć funkcjonować mechanizm ideologiczny. Mechanizm taki posiada Kościół. Istniał on również w czasach radzieckich i dysponował nim "Kreml". Jeśli nawet ten problem uda się rozwiązać, pozostanie do stoczenia długotrwała batalia o "dusze" Rosjan. W dodatku będzie się miało do czynienia z siłami przeciwdziałającymi rozprzestrzenianiu się tej doktryny i przyjęciu jej przez masy, ponadto z oporem wśród samych mas, z organizacjami religijnymi zainteresowanymi w utrzymywaniu ich w ciemnocie, z mass mediami, które narzucają Rosjanom ideologię zachodnią.
We współczesnej Rosji po prostu nie ma warunków i sił zdolnych do usunięcia wszystkich tych przeszkód. Władza najwyższa wspiera Cerkiew prawosławną niemal tak, jakby ta ostatnia była Kościołem państwowym, a wszelkie siły polityczne (włącznie z komunistami) zagrywają pod nią. Szanse na stworzenie uznanej niereligijnej doktryny, górującej nad innymi ideologicznymi doktrynami oraz funkcjonującego na zasadzie konkurencyjności mechanizmu jej rozprzestrzeniania i wtłaczania do głowy masom Rosjan, są bliskie zeru.

Cóż więc pozostaje? Chaos ideologiczny, który z czasem może być interpretowany jako zachodni pluralizm przeszczepiony na grunt rosyjski.

Wzrost potęgi prawosławia. Nostalgia za wszechmogącą "ideą narodową". Koniunkturalne hasła w rodzaju apelu o zjednoczenie w obliczu światowego terroryzmu. Pustosłowie programów partyjnych, obiecujących walczyć o wszelkie dobro przeciw wszelkiemu złu. Epoka, gdy umysłami i uczuciami Rosjan władały idee na skalę planety i epoki, bezpowrotnie odeszła w przeszłość. Epoka osądzona i opluta przez niewdzięcznych potomków, lecz niepojęta w swej tragicznej wielkości.

przeł. Filip Memches

U Zinowiewa wyraźnej niechęci do religii (nie tylko prawosławnej) towarzyszy manifestowana nieustannie tęsknota za "wielką ideą", która zjednoczyłaby głęboko podzielone rosyjskie społeczeństwo, natchnęła je nowym patriotyzmem i uczyniła Rosję rzeczywistym podmiotem ogólnoświatowego procesu globalizacji. "Jednym z najkoszmarniejszych (jeśli nie najbardziej koszmarnym) następstw przewrotu antykomunistycznego pozostaje ideologiczna degradacja Rosji. Z najbardziej oświeconego kraju, gdzie najsilniej oddziaływała obywatelska ideologia, Rosja w porażająco krótkim czasie zmieniła się w kraj ideologicznego chaosu i religijnego obłąkania porównywalnego z sytuacją w krajach islamskich. Ten bezprecedensowy historyczny upadek Rosji usiłuje się przedstawiać jako wyzwolenie od ucisku ideologii komunistycznej, przejaw wolnego wyboru narodu, duchowe dojrzewanie i odrodzenie narodowe".

Aleksander Zinowiew (ur. 1922) - pisarz, socjolog, logik. W czasach ZSRR był jednym z najbardziej znanych dysydentów. W latach 70. opuścił Związek Radziecki i zamieszkał w Monachium.
Jego najsłynniejsze utwory prozatorskie i eseje (m.in. "Przepastne wyżyny", "Świetlana przyszłość", "Homo sovieticus") publikowane były przez polskie wydawnictwa podziemne i emigracyjne. Z czasem stał się krytykiem pierestrojki i polityki państw zachodnich. W roku 1999 wrócił do Moskwy, protestując w ten sposób przeciw interwencji wojsk NATO w Jugosławii. W "Europie" nr 7 z 15 lutego br. zamieściliśmy wywiad z Zinowiewem "Wielkimi krokami zbliża się epoka postdemokratyczna".

Artykuł pochodzi z wydania EUROPA (102) 11/06 (15.03.2006) z działu DIAGNOZA ze strony 9
efakt
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Z Bloga o polityce Igora Janke

czwartek, 16 marca 2006 7:39

Igor Janke, publicysta, pracuje w wydawnictwie Dom Prasowy
komentuje wydarzenia polityczne m.in. w TVN24, TVP, Tok FM.


2006.03.15 16:59
Międzynarodowa grupa intelektualistów opublikowała m.in. w "Rzeczpospolitej"
list wzywający świat Zachodu do zabrania głosu w sprawie czeczeńskiej
tragedii na najbliższym spotkaniu grupy G8, które odbędzie się w
Petersburgu. W Czeczenii giną tysiące ludzi, kobiet i dzieci. To wielka
hańba współczesnego świata. Hańba Władimira Putina i hańba wielu przywódców
Zachodu. George Bush przymykał oko na Czeczenię, licząc na poparcie Kremla w
wojnie z terroryzmem. Jacques Chirac i Gerhard Schroeder spotykali się na
Krymie z Putinem w dniu marionetkowych wyborów, czyli wielkiego oszustwa
wyborczego w Czeczenii i pośrednio poparli działania, które są po prostu
ludobóstwem. Inni w najlepszym wypadku milczeli, kiedy w wyniku decyzji
Moskwy morduje się dzieci i ich matki. Bo ojców zabito już wcześniej. To
wielki, wielki wstyd.
Autorzy listu piszą: Z jaką reakcją spotkałoby się zbombardowanie Belfastu
przez Brytyjczyków czy Bilbao przez hiszpański rząd pod pretekstem
zwalczania IRA lub ETA? Tymczasem w obliczu plądrowania Groznego i innych
czeczeńskich miast i wsi świat milczy. Czy czeczeńskie kobiety, dzieci i
cała cywilna ludność mają mniejsze prawo do szacunku niż reszta ludzkości?
Czy nadal uważamy ich za ludzi? Nic nie usprawiedliwia obojętności, której
wyrazem jest panujące na całym świecie milczenie.
Każda akcja, każdy list w obronie tego poniewieranego narodu zasługuje na
poparcie. Może warto, by obywatele krajów Unii Europejskiej zorganizowali
masowy nacisk na swych przywódców przez wysyłanie maili i faksów do swoich
rządów i do Komisji Europejskiej, wzywając do wzmożenia nacisków Unii na
Rosję w sprawie Czeczenii. Historia czeczeńska ciągnie się już  latami, ale
nie oznacza to, że musi się ciągnąć w nieskończoność. Rosja jest w stanie
ustąpić tylko po wpływem silniejszego. Takim silniejszym mogą być tylko Unia
Europejska lub USA.
Przywódcy Zachodu od lat obawiają się zadrzeć w jakikolwiek sposób z Moskwą.
Politycy zdecydują się na jakąkolwiek akcję przeciwko Rosji tylko pod
wpływem masowych nacisków swoich obywateli. Naciskajmy więc i namawiajmy do
tego naszych znajomych w całej Europie. Jeśli protestowali tak chętnie
przeciwko wojnie w Iraku, może w końcu zdecydują się zrobić to samo w
sprawie Czeczenii. W każdym miejscu demokratycznego świata, w którym pojawi
się rosyjski prezydent, powinien spotkać się z jasnym i twardym głosem w
sprawie mordowanych i torturowanych czeczeńskich kobiet, dzieci i starców.
onet



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

polowanie na Basajewa

poniedziałek, 13 marca 2006 7:45
Człowieka, który zaplanował napad na szkołę w Biesłanie, ściga trzy tysiące żołnierzy specnazu. Operacja trwa już od półtora tygodnia, w dzień i w nocy. Szamil Basajew - najbardziej znany i krwawy czeczeński komendant polowy - na razie jest nieuchwytny.
- Szukają go doświadczeni ludzie, byli partyzanci. Znają w górach każdy kamień i metody działania bojowników - chwalił się premier Czeczenii Ramzan Kadyrow. Dla Kadyrowa juniora pojmanie Basajewa byłoby ogromnym sukcesem. Wtedy nikt nie miałby już wątpliwości, że to on, z przyzwolenia Moskwy, rządzi całą Czeczenią. Sprawa nie jest jednak prosta. Na 41-letniego Basajewa - uznanego przez Kreml za terrorystę numer jeden - polowanie trwa już od wielu lat. Rosyjskie służby specjalne kilkanaście razy donosiły, że został już zlikwidowany, czym on sam lubił się chwalić przed dziennikarzami. Basajew przynajmniej osiem razy był ranny.

Plakat z Che Guevarą
Słynny z szaleńczej odwagi i brutalności nosi imię imama Szamila, XIX-wiecznego bohatera Czeczenów, który przez lata walczył przeciw carskiej armii. Urodził się w czeczeńskiej wiosce Dyszne-Wiedieno. W młodości był zapalonym sportowcem: piłkarzem, wieloboistą. Trzy razy bez powodzenia zdawał na Uniwersytet Moskiewski, gdzie chciał studiować prawo. Wylądował w szkole rolniczej, której zresztą nie skończył. Głowę zaprzątały mu myśli o przygodach i bohaterskich czynach. W akademiku nad łóżkiem powiesił sobie plakat z Che Guevarą.

Wkrótce miał szanse spełnić swe marzenia. Rozpadał się ZSRR, Basajew brał udział w obronie Białego Domu przed komunistycznymi puczystami w sierpniu 1991 roku. W jednym z wywiadów mówił potem: - Związek Radziecki nigdy by nie wypuścił z rąk Czeczenii.Dlatego byłem przeciw puczystom.

Jednak i Rosja nie chciała słyszeć o niepodległej Czeczenii. Borys Jelcyn wprowadził stan wyjątkowy w zbuntowanej republice i posłał tam specnaz. Basajew, który już wrócił w rodzinne strony, zareagował po swojemu: porwał samolot z Mineralnych Wód i kazał pilotom lecieć do Turcji. Nikt nie ucierpiał, a Szamil w blasku sławy wrócił doCzeczenii (wypuszczono go w zamian za to, że uwolnił zakładników).

Uradowany z sukcesu, chciał nawet zostać prezydentem Czeczenii, ale przegrał wybory z Dżocharem Dudajewem. Na pociechę został dowódcą kompanii specnazu Gwardii Narodowej. Jednak nie umiał usiedzieć na miejscu. Marzył, by walczyć. Niektórzy twierdzą, że przechodził szkolenie w Abchazjiw bazie rosyjskiego 345. Pułku Powietrzno-Desantowego.

Prywatna armia
Właśnie do Abchazji w czasie wojny z Gruzją przedarł się wraz z 12 bojownikami (zatrzymano go w kaukaskim Piatigorsku, ale uciekł porwanym mikrobusem z pasażerami). Walczył po stronie popieranych przez Rosję Abchazów. Jego oddział był jednym z najlepszych w siłach abchaskich. Podobno m.in. dlatego, że chętnie słuchał opinii rosyjskich doradców wojskowych.

Oddział walczący w Abchazji stał się podstawą prywatnej armii Basajewa. Jego bojownicy słynęli z brutalności, zarzuca się im udział w rzeziach ludności cywilnej, m.in. uchodźców w Gagrze. Kiedy w 1994 roku wrócił do Groznego na czele 400-osobowego "batalionu abchaskiego", był uznawany za bohatera. Nie rozpuścił żołnierzy, a nawet chwalił się, że na własny koszt szkolił ich w obozach afgańskich mudżahedinów. Gdy zaczęła się pierwsza wojna czeczeńska,Basajew był zaufanym człowiekiem prezydenta Dżochara Dudajewa, jego batalion - liczący już dwa tysiące osób - odpowiadał m.in. za ochronę prezydenta. W czasie wojny oddział został zdziesiątkowany, a Basajew przeżył osobistą tragedię. Rosyjskie rakiety spadły na dom jego rodziny. Zginęło 11 najbliższych mu osób, w tym żona i dzieci. Kilkanaście dni po tej tragedii Basajew zajmuje szpital w Budionnowsku w Kraju Stawropolskim, bierze zakładników. W walkach ginie stu cywili, ale on znów jest w stanie wynegocjować dla siebie i swych ludzi "bezpieczny korytarz". Do Basajewa, wówczas już generała brygady, zgłasza się coraz więcej ochotników. Jego oddziały są doskonale uzbrojone - dysponują nawet transportami opancerzonymi i rakietami ziemia-powietrze Stinger.

Terrorysta z międzynarodowymi kontaktami
Po śmierci Dudajewa Basajew znów chciał zostać prezydentem. Tym razem przegrał z Asłanem Maschadowem. Ugodowy Maschadow mianował swojego politycznego przeciwnika wicepremierem, a potem p.o. premiera, jednak ich drogi rozchodziły się coraz bardziej. Basajew marzył, by wyzwolić inne republiki Kaukazu. Jego rajd na Dagestan w 1999 r. dał Kremlowi pretekst do rozpoczęcia drugiej wojny czeczeńskiej, tym razem przegranej przez Czeczenów. Basajew odznaczył się jednak i w tej kampanii. Wyprowadził swój oddział z otoczonego przez armię Groznego przez pole minowe. Wówczas stracił nogę.

W rozpoczętej po upadku Groznego wojnie partyzanckiej oddziały Basajewa należały do najaktywniejszych. Sam Basajew zapuścił brodę, stał się głęboko religijny i zaczął współpracować z islamskimi ekstremistami z całego świata, m.in. z Osamą bin Ladenem. Na jego rozkaz komando Czeczenów zajęło Teatr na Dubrowce w 2002 r. w Moskwie - zginęło wówczas 129 osób.

Po tym zamachu Asłan Maschadow pozbawił go funkcji zastępcy dowódcy podziemnych sił zbrojnych. Jednak Basajew mógł się tylko z tego śmiać - miał więcej partyzantów i więcej respektu wśród Czeczenów niż ukrywający się prezydent. Szamil został uznany za międzynarodowego terrorystę, jednak nie przejął się tym specjalnie. We wrześniu 2004 r. wydał rozkaz zajęcia szkoły w Biesłanie. Zginęło wówczas ponad 170 osób, w tym wiele dzieci.

Maschadow zagroził mu sądem wojennym, ale groźby nie spełni. Zginął 8 marca 2005 r. Jego następca Adbul-Chalim Sadułajew przywrócił Basajewa do łask.

PAWEŁ RESZKA z Moskwy

Rzeczpospolita

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

sobota, 19 sierpnia 2017

Licznik odwiedzin:  39 057  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione blogi

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 39057

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl