Bloog Wirtualna Polska
Są 1 273 103 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

NA ŚMIERĆ MASCHADOWA.

wtorek, 07 marca 2006 17:54
Dla Czeczeńców nie ma niczego bardziej odmiennego od świata, z którego się wywodzą, niż Rosja. Nic bardziej obcego. To dlatego Rosja musi nienawidzić Czeczeńców, musi ich mordować – aby w ten sposób, okazując pogardę i stosując dziką przemoc, zagłuszać własny krwawy kompleks niższości, własne upokorzenie spowodowane samym tylko istnieniem tego szlachetnego narodu o wyjątkowym systemie wartości. Tych Spartan współczesnego świata.

Wolna Czeczenia miała trzech prezydentów: Dżochara Dudajewa, który w 1991 roku poprowadził swój kraj ku niepodległości, Zelimchana Jandarbijewa, który był tej niepodległości ideologiem i piewcą, w końcu Asłana Maschadowa, który niepodległość wywalczył stojąc na czele armii. Wszystkich trzech czeczeńskich prezydentów Rosja zabiła. I zabije każdego następnego, póki ustrojem państwowym panującym w Rosji pozostanie rusizm – najstraszliwsza, współczesna mutacja faszyzmu, która dysponuje bronią jądrową, sputnikami i hordą opryczników w mundurach specnazu.

Z trzech czeczeńskich prezydentów Maschadow, żołnierz i dowódca, najbardziej pragnął pokoju. Od tego grudniowego dnia 1994 roku, kiedy rosyjskie samoloty zaczęły zrzucać bomby na Grozny, aż do ostatniego dnia swojego życia Asłan Maschadow miał przed sobą dwa ważne cele: utrzymać niepodległość państwa i zatrzymać wojnę. Nad tymi dwoma był jednak jeszcze jeden cel, nadrzędny: ocalić naród. Czeczeńcy potrzebowali niepodległości właśnie po to, aby rosyjskie czołgi i samoloty nigdy więcej nie mogły rozstrzeliwać bezbronnych ludzi i wiosek. Rzeź trzeba było przerwać natychmiast – i dlatego dla Maschadowa celem ważniejszym, niż niepodległość, zawsze było zakończenie wojny. Żaden z Czeczeńców nie podjął w tym celu tylu wysiłków, co on, głównodowodzący czeczeńskiej armii. I właśnie dlatego musiał zginąć. Rosja nie potrzebuje w Czeczenii pokoju. Rosja chce w Czeczenii cmentarnej ciszy.

Koniec rzezi w Czeczenii będzie bowiem oznaczać likwidację rosyjskich obozów koncentracyjnych, tych rusistowskich Auschwitzów, fabryk śmierci od sześciu lat pracujących pełną parą u podnóża Kaukazu. O ich personel w mundurach specnazu upomną się rodziny pomordowanych i trybunały. Putin wie, że na niego i jego rusistowską Rosję czeka nowa Norymberga. To dlatego rosyjski prezydent próbuje maskować swoje zbrodnie, imitując wojnę z czeczeńskim terroryzmem. Owszem, terroryzmem – który ma jednak przed sobą tylko jeden cel: zatrzymanie potwornej machiny państwowego terroru, miażdżącego maleńki naród i kraj. Patrzmy na skutki – i przyczyny. Nie byłoby Dubrowki i Biesłana, gdyby nie dwieście pięćdziesiąt tysięcy czeczeńskich cywilów zabitych w ciągu sześciu lat i setki zbiorowych grobów wokół czeczeńskich wiosek. Tego też światu nie wolno pokazać, dlatego żaden pokój w Czeczenii nie jest możliwy, dopóki Rosją żądzą ludzie odpowiedzialni za to ludobójstwo.

Ale gdzież tkwi przyczyna tego maniackiego uporu, aby niewolić Kaukaz, Syberię, Wschodnie Prusy, pustynne kaganaty Azji Środkowej, bliższych i dalszych sąsiadów, a nawet cały świat w komunistycznym „koncłagrze”? Co Rosja może zaproponować kaukaskiemu narodowi o kulturze sięgającej cywilizacji Sumerów? Przecież Czeczeńcy, jak i my wszyscy, dobrze wiedzą jakich dobrodziejstw mogą się od Rosji spodziewać. Widzą Rosję jaka jest naprawdę. Widzą imperium bezsensu w całej szkaradzie jego historii, widzą tę tysiącletnią apoteozę śmierci, tam gdzie żyć zbyt trudno i tak łatwo umierać. I widzą wszyscy, cały świat: we wnętrzu rosyjskiej ziemi, nasyconej ołowiem i cezem, mnożą się tylko wciąż nowe cmentarze. Widzą atomowe okręty zamarłe z załogami na dnie oceanu, radioaktywne lody Arktyki i jarzące się nocą promieniotwórcze piaski Kazachstanu. Czarnobylski reaktor, płonący industrialny wulkan, krwawe słońce wiszące nad drogą, po której od dziesięcioleci hulają szkielety z kosami. A może złowieszcza gwiazda wielkiego narodu, którego przeznaczeniem jest zaprowadzić całą ludzkość do wnętrza atomowego pieca.

 

Nie wolno milczeć!

 

W wojnie na Kaukazie walczy dzisiaj o swoją wolność i godność naród. Walczy o naszą wolność. ,,Myślisz, że mi potrzebna jest wolność? – zapytał mnie kiedyś jeden z żołnierzy Szamila Basajewa. – Nie, wolność potrzebna jest tobie, jemu, nam wszystkim! Moja wolność bez twojej nie jest nic warta”.

Czeczeńcy walczyli pod osłoną szpitala, brali zakładników, złamali konwencje? Niech zatem oskarżą ich ci, którzy dotrzymują konwencji. Niech ich sądzą sędziowie, którzy najpierw sprawiedliwie osądzą armię Budanowych – tę armię, która zostawia za sobą w Czeczenii doły pełne trupów, z czaszkami rozłupanymi katyńskim strzałem. Niech sądzi ich naród, który powstrzymał i zamknął w klatkach swych szaleńców, tych w mundurach i tych z łubiańskiej katowni, swoich Putinów karmiących dwugłowego mutanta ochłapami z czeczeńskiej hekatomby. Czy jednak mają prawo sądzić ich matki i ojcowie sołdatów-kanibali, nadzorców z obozów filtracyjnych? Zdaje się, że każdego z tych potworów wydała na świat matka, że nie sklonowano ich całymi batalionami z genetycznego ścierwa pobranego od Czikatiło.

O tak, sędziowie muszą zyskać moralne prawo do wydawania wyroków.

Odmawiam Rosji i jej obywatelom tego prawa. Odmawiam tego prawa każdemu innemu państwu i społeczeństwu, które w imię własnych interesów godzi się na czeczeński holocaust. Odmawiam tego prawa międzynarodowym trybunałom Europy i świata, którym serwilizm i obłuda pozwalają nie dostrzegać nowych Auschwitzów u stóp Kaukazu. Odmawiam tego prawa całemu światu, dla którego cywilizacja wolności, humanizmu i demokracji stała się pustym frazesem.

To właśnie Czeczenia stoi dzisiaj na straży cywilizacji wolności, za nią samotnie przelewa krew. Każdy, kto twierdzi że jest inaczej, kto nie nazywa po imieniu poczętej w piekle potęgi, miażdżącej Kaukaz, kłamie! Niech zgroza płynąca z tak niewyobrażalnych tragedii, jak masakra w Biesłanie, nie przesłania nikomu istoty rzeczy: to Rosja przyniosła Czeczeńcom śmierć. Kto nie chce tego widzieć, bierze na siebie ciężkie brzemię współwiny za kolejną tragedię, może jeszcze straszliwszą, i za zbrodnię zrodzoną z rozpaczy, która stanie się jej przyczyną.

Każdy, kto zna Czeczenów, wie że to naród przyjazny, gościnny, pracowity. I wie, że nawet w największym upadku, kiedy dom i cały kraj leży w gruzach, Czeczeniec nie utraci tego, co w jego charakterze jest najważniejsze: niezłomnego poczucia własnej wolności. Czeczeniec wyniesie swoją wolność z największej pożogi, kiedy utraci wszystko inne – i ta wolność wystarczy mu na dobry początek nowego życia. ,,Szacujemy, że w państwach Europy jest już dwadzieścia tysięcy uchodźców z Czeczenii – powiedział mi niedawno mój towarzysz broni z Szatojskiego Frontu, pułkownik Musa Bamatgirijew. – To znaczy, że naród nie zginie”. To znaczyło, po prostu, że nawet jeśli Rosjanie wymordują w Czeczenii wszystkich Czeczeńców, wytłuką ich do nogi i zaryją spychaczami w katyńskich grobach, nacja przetrwa w diasporze. I przechowa coś najcenniejszego – swoją wolność, którą znowu kiedyś przyniesie na Kaukaz.

Tak jak wtedy, gdy cały naród powrócił z wygnania.

To, co w 1944 roku zrobił Stalin, nie da się nawet porównać ze zbrodnią Jelcyna i Putina, dokonywaną dzisiaj na Czeczeńcach. Stalin nie wymordował ogniem artylerii i bombami kulkowymi jednej czwartej narodu. Nie wprasował Groznego w ziemię, jak Hitler naszą Warszawę. Jest jeszcze jedna różnica między tym, co robił Stalin a wyczynami Putina: wtedy świat nie wiedział o kaukaskiej tragedii. Dzisiaj – cały świat patrzy na ludobójstwo i udaje, że nie rozumie.

Nikt dzisiaj nie ma prawa powiedzieć, że nie wiedział. Wszyscy wiecie, że w Czeczenii Rosjanie mordują naród. Wszyscy wiecie – a ja to słyszałem w grudniu 2003 roku na międzynarodowej konferencji w Antwerpii, gdzie w prezydium zasiadał członek Europarlamentu, Bart Staes – że każdego miesiąca w Czeczenii przepada bez wieści sto kilkadziesiąt osób, wyciąganych nocą z domów przez zamaskowanych bandytów w rosyjskich mundurach. Żaden z tych ludzi już nigdy nie powraca. Wszyscy wiecie, że na terytoriach rosyjskich baz wojskowych i obozów filtracyjnych mnożą się masowe groby torturowanych i mordowanych ludzi. Każdy z was, wszyscy, jesteście winni tego, że Rosja otrzymała waszą milczącą zgodę na zbrodnię. Każdy z was!

To nieprawda, to naiwne złudzenie, że kiedy Rosja zrobi już porządek w Czeczenii i ucichnie tam rzeź, o której świat nie chce słyszeć, wszystko wróci do normy, znów będziemy budować demokrację i nowy, lepszy świat. Obłudny kompromis z sumieniem oznacza bowiem, że cywilizacja ery kosmicznej stoi na przegniłym fundamencie. To dzięki nam wszystkim nowym porządkiem świata będzie demokratyczny totalitaryzm, być może najwyższa forma zniewolenia.

I może nadejdzie czas, kiedy Czeczenia będzie tym miejscem na Ziemi, gdzie wolność znajdzie swoją ostatnią ostoję. Niepozorny kraj u podnóża Kaukazu, z jego mordowanymi seryjnie prezydentami – w czeczeńskim pałacu swobody, pod sklepieniem liści bukowego lasu.

 Mirosław Kuleba


http://czeczenia.blog.onet.pl/
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Świat się dowiedział, nic nie powiedział...

czwartek, 02 marca 2006 7:43

Krąży po Polsce wystawa „ Czeczenia – ostateczne rozwiązanie” . W tej chwili jest do obejrzenia w Warszawie. Za jakiś czas pojedzie pewnie do innych polskich miast, ciągnąc za sobą ogon oficjalnych protestów moskiewskiej ambasady i szeptanego potępienia miejscowych agentów wpływu oraz pożytecznych idiotów, powtarzających, że stosunki z Rosją są dla nas zbyt cenne, by je niepotrzebnie narażać, jeszcze dla byle pastuchów. Wcale państwa nie namawiam, żeby tę wystawę oglądać. Po pierwsze – trzeba mieć mocne nerwy. Zbyt wiele na tych zdjęciach krwi, potrzaskanych kości, rozpryskanego mózgu. Nie efektów specjalnych z hollywoodzkiej tandety, ale sądowego dokumentu straszliwych zbrodni, jakich codziennie dopuszczają się w małym kaukaskim kraju okupacyjne wojska. Po drugie – ta wystawa jest jak Wielka Księga z bajki Eugeniusza Szwarca – kto ją zna? – „ Smok” . Jak wielka księga, w której dzień po dniu zapisują się niegodziwości i podłości tego świata, i którą, wedle tejże baśni, kto raz nieopatrznie weźmie do ręki, raz zajrzy na jej karty, ten nigdy już nie zmruży spokojnie oka, nigdy już nie będzie w stanie zaśmiać się beztrosko. Zdjęcia, imiona i nazwiska, daty zaginięcia, daty odnalezienia storturowanych zwłok, opisy kolejnych „ zaczystek” , fakty, fakty, fakty... Kosztem uporczywej pracy garstki szaleńców bożych udokumentowany został na tej wystawie holocaust małego, górskiego narodu, który musi zginąć, bo odważył się stanąć na drodze ruskiej dumy z imperium. Bo taka jest, w gruncie rzeczy, główna przyczyna niewiarygodnego okrucieństwa i zawziętości, z jakim naród ten jest systematycznie tępiony przez Rosjan. Czeczeni na początku lat dziewięćdziesiątych wygrali z Rosjanami wojnę. Obnażyli nieudolność jej generałów, zacofanie i bałagan panujące w ich armii, głupotę rosyjskich przywódców. Czeczeni upokorzyli Rosję – za to muszą zostać do ostatniego wymordowani. Tak, jak zostali wymordowani polscy oficerowie w Katyniu – za to samo, za to, że upokorzyli Rosję, spuszczając krasnoj armiji łomot w 1920. To wszystko dzieje się o dwie godziny lotu samolotem od Warszawy. To wszystko dzieje się na oczach Zachodu, który ma męczeństwo Czeczenów głęboko w dupie. Zachodnie pajace od „ obrony praw człowieka” – nasze zresztą też – mają ważniejsze zmartwienia. Zachłystują się oburzeniem, że w Guantanamo ktoś spuścił w kiblu Koran. Że w Bagdadzie brytyjscy żołnierze nakopali gówniarzom, którzy rzucali w nich kamieniami. Że w Poznaniu jakiś chuligan naubliżał pedałom od pedałów. Że w Klewkach być może lądował samolot CIA, być może ze złapanym terrorysta na pokładzie. Proszę wybaczyć – nie chce mi się pisać dalej. Chce mi się płakać z bezsilności i rzygać z odrazy. Tyle na dziś.

Rafał A. Ziemkiewicz

Interia


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

granice interesów

czwartek, 02 marca 2006 7:37
Rosja i jej politycy testują społeczność międzynarodową zaznaczając dwuznaczną retoryką granice swoich wpływów. Jednocześnie zarysowują w ten sposób kierunek w jakim Rosja podążać będzie w swoich imperialnych zapędach. Diagnoza oficjalnie formułowanych dalekosiężnych celów pozwoli nam zrekonstruować plan ich realizacji a analiza poszczególnych jego punktów rzeczywiste interesy państwa rosyjskiego .W tym celu posłużmy się wypowiedziami Siergieja Karaganowa, uczestnika konferencji " Granice Europy" organizowanej przez niemieckiego wydawcę " Faktu" Axel Spriger oraz Club of Three.

Ale zacznijmy od początku. Do czego zmierza Rosja według Karaganowa?

" Czy istnieje wobec tego możliwość, że kiedyś w przyszłości Rosja stanie się częścią Unii?"

" Najpierw, wy Europejczycy musicie znaleźć swoją drogę. Bo obecnie ścierają się tu różne opcje i dlatego jesteśmy tacy nieufni."

" Wierzę, że uda nam się wyjść z impasu. Jestem nastawiony proeuropejsko, podobnie jak większość moich rodaków. Według mnie są tylko dwa wyjścia ze ślepego zaułku, w którym się znaleźliśmy. Albo pójście w kierunku bardziej zintegrowanej Europy typu federacyjnego albo mniej zintegrowanej konfederacyjnej " zony" europejskiej (European area)."

Czyżby był to dalekosiężny cel rosyjskiej polityki? Przeanalizujmy środki jakie do niego prowadzą aby na ich podstawie wywnioskować co jest prawdziwym celem a co tylko retoryką dla mas. Jednocześnie zwróćmy uwagę na problemy, na które zwraca się uwagę. W jaki więc sposób urzeczywistnić realizację swoich interesów?

" Przede wszystkim prowadzić dialog [z Europą]. Tyle że nie może się on rozgrywać tylko na płaszczyźnie politycznej. On musi sięgać głębiej, tam gdzie rodzą się idee i koncepcje, później realizowane przez polityków."

" .uważam że, odwrócenie się od Europy skończyłoby się dla Rosji katastrofą. Tylko, że nasze stosunki powinny zaspokajać zarówno interesy europejskie, jak i rosyjskie."

" Rosjanie, chcą by Europa zauważyła jej [tj. Rosji] potrzeby. Zrozumiała ich mentalność. Otworzyła się na to co Rosja może jej zaoferować - nasze dobra, naszych ludzi i nasze idee."

Ideę już poznaliśmy, ludzi których mogłaby ona porwać też nie trudno będzie wskazać.

Jakiego typu mentalności nie potrafimy zrozumieć? Bo przecież zrozumienie jej jest warunkiem prowadzenia dialogu, który ma być początkiem urzeczywistniania koncepcji.

" My nie możemy zrezygnować z wielu naszych rozwiązań, także siłowych."

" Rosja nie mogła spokojnie przyglądać się, co dzieje się na Kaukazie. Musieliśmy zdusić początki terroryzmu islamskiego, który tu się rodził."

  " Krytykuję się Rosję za brak demokracji. I znowu podobnie w wielu sprawach Europa ma rację."

" Rosjanie żyją w dużo mniej bezpiecznych warunkach i otoczeniu niż państwa europejskie."

Mentalność polityki rosyjskiej możemy poznać po jej działaniach w stosunku do innych narodów, które nie chcą podporządkować się imperialnym wpływom Rosji walcząc o swoją niezależność. Dlatego nie powinno dziwić, że Rosjanie nie chcą rozmawiać na płaszczyźnie politycznej uciekając do rozmowy na poziomie idei i koncepcji.

To, że Rosja posiada zasoby energetyczne i może je " zaoferować" doskonale wiemy. Jednak podstawowe pytanie jakie powinniśmy zadać to: czego Rosja chce w zamian? Jakie potrzeby kryją się za interesami rosyjskimi które powinna zaspokoić " Europa" . Na to pytanie nie dostajemy jednoznacznej odpowiedzi.

Prześledźmy jednak kolejne wypowiedzi, które może przybliżą nas do poznania potrzeb polityki rosyjskiej a może tego co przeszkadza w jej realizacji?

" Europie wydaje się, że chce od Rosji, żeby stała się normalnym państwem europejskim, funkcjonującym na europejskich zasadach. Takim jak np. Polska czy Litwa. Choć na marginesie, Polska nie jest tak do końca typowym państwem europejskim."

  " Chodzi też o to, że niektóre narody, które do tej pory często nawet nie miały istotnego znaczenia w historii Europy, obecnie zaczynają odgrywać znaczącą rolę w polityce europejskiej. To sytuacja nowa zarówno dla Rosji, jak i dla Zachodu. Jedni i drudzy nie do końca potrafią sobie z tym poradzić."

" Mam wrażenie, że winną zepsucia naszych relacji nie jest jakaś zła wola którejkolwiek ze stron, ale kompletny brak koncepcji relacji Europy z Rosją. Po prostu jedni i drudzy nie potrafią sobie wypracować konsekwentnego stosunku do partnerów i oczekiwań wobec nich."

  " .relacje polsko-rosyjskie...To element szerszego zjawiska. Jaka jest jego przyczyna? Europa po prostu nie wie, czego sama oczekuje od Rosji, a Rosja nie, czego chcieć od Europy."

Powinniśmy uświadomić sobie, że mentalności rosyjskiej nie da się zmienić a w związku z tym imperialne zapędy Rosji nie będą potrafiły dostrzec typowego państwa europejskiego jakim jest Polska. Natomiast państwom europejskim może przestać się wydawać, że da się to zmienić. Mentalność ta pociąga za sobą specyficzne metody prowadzenia polityki jakie możemy obserwować m.in. na Ukrainie, Białorusi, Czeczenii i Kaukazie. Elementem tej polityki jest pozyskiwanie sojuszników do realizacji swoich celów.

Warte uwagi w tym miejscu jest zwrócenie uwagi na słowa " wypracowanie konsekwentnego stosunku do partnerów i oczekiwań wobec nich" oraz zwrócenie uwagi na fakt że " niektóre narody.zaczynają odgrywać znaczącą rolę w polityce europejskiej" Czyżby chodziło o Polskę? A " szersze zjawisko" obejmowało wpływy niemieckie?

Takie postawienie problemu może wypływać tylko z jednej przesłanki - Rosja nie zauważa, lub ignoruje fakt, że jej " partnerzy" są członkami Unii Europejskiej a stosunek państw wewnątrz tej struktury, ich wzajemne oczekiwania wypracowywane są metodami demokratycznymi z poszanowaniem suwerenności każdego z nich. Co nie oznacza że poszczególne państwa nie realizują swoich własnych interesów poza jej strukturami.

Rosyjska retoryka dotycząca procesu rozszerzania Unii Europejskiej pojawia się wyłącznie w kontekście takiej integracji z Rosją. Natomiast jeżeli mowa o innych państwach w tym " partnerach" , którzy są już częścią UE retoryka Rosjan przechodzi do sformułowanie " Europa" . Jednocześnie akcentując konieczność sprecyzowania oczekiwań i wypracowania konsekwentnej postawy przez Rosję i " Europę" wobec " partnerów" z których jeden " nie jest tak do końca typowym państwem europejskim" .

I to wszystko być może by mnie dziwiło, gdyby nie fakt że cytaty te pochodzą z wypowiedzi rosyjskiego polityka zaproszonego przez niemieckich wydawców na konferencję " Granice Europy" . Dlaczego niemieccy wydawcy nie zorganizowali konferencji pod tytułem " Granice Unii Europejskiej" i nie zastanowili się nad tym problemem w kontekście Rosji?. Przecież wobec Turcji tak postawiony problem w kontekście jej integracji z UE jest oczywistością.

Czy przypadkiem Rosja posługując się terminem " Europa" nie ma na myśli państwa niemieckiego? Jeżeli tak, to dwuznaczne rozumienie tego terminu uzasadniałoby chęć wypracowania konsekwentnego stanowiska wobec wspomnianych " partnerów" .

A wiec czy rzeczywistym celem, o który pytałem na początku nie jest przypadkiem walka o osłabienie a następnie ponowne podporządkowanie sobie Polski a tym samym ponownego ustalenia granic swoich wpływów? Czy posługując się dwuznaczną retoryką nie składa się oferty państwu niemieckiemu - energia za wpływy w Europie Środkowo Wschodniej?

Czy wobec takich pytań może dziwić wypowiedź Władimira Putina na konferencji prasowej przed kilkuset dziennikarzami z całego świata o " bratnich narodach mających wspólne korzenie" ?

Marek Krzemiński

http://www.abcnet.com.pl/pl/artykul.php?art_id=2400& token=


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

skazane na zabijanie

poniedziałek, 27 lutego 2006 22:06
http://kobieta.interia.pl/news?inf=656956

Nazywają je Czarnymi Wdowami, szahidkami, smiertnicami... Kim są czeczeńskie
terrorystki, które ze swojej śmierci uczyniły straszliwszą broń?


Zwykło się je porównywać do dziewczyn z Palestyny, które też omotane "pasami
szahida" wchodzą w tłum osób uważanych za wrogów. Jeden gest: naciśnięcie
guzika i wokół kłębią się porozrywane, unieruchomione śmiercią ciała.

Kobietom Palestyny wystarcza wiara w Allaha i nienawiść w imieniu narodu.
Czeczenki mszczą się w imieniu własnym. Za krzywdy im wyrządzone, o których
świat milczy. Dlatego one krzyczą najgłośniej jak można: wysadzając siebie i
innych. I skazują się na potępienie jako terrorystki.

Śmierć tajna, śmierć jawna

6 lutego 2004 roku. Dziewiąta rano. Przed godziną za stacją metra
Awtozawodskaja ładunek wybuchowy zamienił w krwawą masę pasażerów drugiego
wagonu.

27 listopada 1999 roku. Na Bazar Centralny w Groznym spadają dwie ogromne
bomby. Ich podmuch rozrywa ludzi od wewnątrz. Po paru minutach wśród
bazarowych bud dogorywają 273 osoby. O masakrze w Groznym Rosjanie nie
wiedzą nic. W dzisiejszej Rosji to nie są informacje dla mediów. O tragedii
w moskiewskim metrze natychmiast jest głośno. Władze informują, że
pięciokilogramowy ładunek wybuchowy wiozły ze sobą dwie kobiety smiertnice.
Czeczenki. Nienawiść Rosjan sięga apogeum.

Wieczna wojna

Czeczeni - jedyny naród Kaukazu, który dobrowolnie nie poddał się Rosji.
Maleńka Czeczenia leży na drodze między Morzem Kaspijskim a Morzem Czarnym.
Dla wielkiego sąsiada łakomym kąskiem były jej żyzne pola i dochody z
tranzytu. Carowie sięgnęli po nie w XVIII wieku i tak się zaczęło. Czeczeni
bronili swej ziemi jak żaden inny naród Kaukazu. Im więcej ich hardości, tym
więcej zajadłości najeźdźcy. Już wtedy carski generał Jermołow palił wioski,
pola, ludzi. Czeczeni najdłużej opierali się też bolszewikom. Ich republikę
siłą wcielono do ZSRR w 1921 roku. Gdy po rozpadzie Związku Radzieckiego w
1991 roku prezydent Jelcyn, przejeżdżając przez republiki rozpadającego się
molocha, mówił: "Bierzcie tyle suwerenności, ile możecie przełknąć",
Czeczeni potraktowali to poważnie. Na swoje nieszczęście.

Pierwsze bomby spadły na stolicę kraju Grozny w grudniu 1994. I padały do
1996 roku. Potem prezydent Czeczeńskiej Republiki Asłan Maschadow i
prezydent Rosji podpisali umowę pokojową. Ale w 1999 roku kolejny gospodarz
Kremla - Władimir Putin - rozpoczął na nowo krwawą wojnę.

Bezkarna armia

Już piąty rok nie rozbierają się na noc. Budzi je szmer. Dzieci kładą przy
sobie jak najbliżej, by szybko móc je osłonić. Dokumenty trzymają pod ręką,
by szybko móc je pokazać. Na wypadek "zaczystki". Gdy wedrą się tamci:
pijani, brudni, naćpani. Jedni będą wrzeszczeć, bić kolbami, kopać.
Mężczyznom łamać żebra podkutymi butami. Głowę rozwalać kolbą. Inni wyrzucą
wszystko z szaf i załadują na czołg, na wóz pancerny... Jeszcze inni dopadną
dziewczynę, kobietę, staruszkę i zrobią to, co najstraszliwszego można
zrobić czeczeńskiej kobiecie: zhańbią ją. Bezkarność rosyjskiego żołnierza w
Czeczenii jest zupełna. Okrucieństwo ćwiczone. Zhańbionej nikt nie weźmie za
żonę. I hańba musi być pomszczona. To zadanie mężczyzn rodu. A co robić, gdy
mężczyzn zabraknie? Mścić się samej?

Ale po "zaczystce" nie ma czasu na myślenie o honorze. Kobiety rzucają się
na poszukiwanie swoich mężczyzn - mężów, synów, ojców, braci - wepchniętych
na wóz pancerny i wywiezionych w nieznanym kierunku. Będą biegać po
komendanturach wojska i milicji, składać podania w prokuraturze cywilnej
oraz wojskowej, pisać do Dumy i do prezydenta.

W najlepszym wypadku otrzymają odpowiedź, że nic nie można zrobić, bo
"przestępcy ustalić się nie dało". Ktoś im wreszcie powie - z przyjaźni lub
za pieniądze - gdzie, w jakich kazamatach ich mężczyzna się znajduje. I
jeśli szybko uda im się go wykupić, otrzymują półtrupa. A jeśli nie -
gdzieś, kiedyś, na poboczu drogi lub śmietnisku, gdzie "federały" wyrzucają
zwłoki, będą się zastanawiać, czy te zmasakrowane szczątki, na które patrzą,
są im znane.

Czeczenki jeżdżą po kraju. Najpierw w poszukiwaniu mężczyzn, potem w
poszukiwaniu ich zwłok. Jeżdżą i zaglądają w puste oczodoły, przewracają
tułów gnijący w mogile zbiorowej, by sprawdzić, czy na plecach jest jego
znamię. Często słyszałam: "Zabiłabym ich!". Nigdy: "Zabiłabym siebie".
Obyczaj zabrania. Islam zabrania.

Podziwiana, potępiana

A jednak 29 listopada 2001 roku 20-letnia Ajza Gazujewa zrobiła to. Najpierw
długo przechadzała się przed sztabem wojskowym w Urus Martanie. Czekała na
komendanta Gejdara Gadżijewa. Gdy podjechał, krzyknęła: "Poczekaj!". I
rzuciła się ku niemu. Wybuch. Głowę Ajzy odrzuciło o parę metrów. Komendant
zmarł nazajutrz. Ajza kochała dwóch mężczyzn: brata i męża. Brat podczas
"pierwszej wojny" (1994-1996) nadepnął na minę. Amputowano mu obie nogi.
Długo trwało, zanim zaczął poruszać się o kulach. Wiosną 2001 roku wyszedł
na pierwszą przechadzkę po wsi. Niedaleko stał samochód z żołnierzami.
Śmiali się: "Jeszcze podskakujesz?". I zastrzelili go. Dla żartu. Niedługo
potem jej męża zabrali podczas "zaczystki". Zdążyli przeżyć z Alichanem
kilka miesięcy, bardzo się kochali. Alichana torturowano. Zajmował się nim
sam Gadżijew.

Psychologia tortur zna doskonale prawidłowość zmuszającą tego, kto ich
dokonuje, do eskalacji przemocy. Po przekroczeniu naturalnych barier
człowieczeństwo przestaje istnieć. Pijany Gadżijew wezwał Ajzę, rozpruł
brzuch Alichanowi, a w buchający krwią otwór wepchnął głowę dziewczyny...

Ajza po samobójczej zemście stała się bohaterką. Czeczeni nie pochwalają
tego, co zrobiła, ale ją rozumieją. Podziwiają. Mówią o niej nawet wrogowie.
Historia Ajzy opisana została w materiale dokumentującym zbrodnie Czeczenek,
sporządzonym na zlecenie rosyjskiego MSW.

Słowa Ramzana

Sierpień 2002 roku, moja kolejna podróż do Czeczenii. Straszny upał.
Obowiązujący tu strój - czyli chustka na głowie, rękawy za łokieć, długa
spódnica - nie wzbudzają mojego zachwytu. I to jeszcze w rozpalonej puszce
samochodu.

Stoimy z Ramzanem na obrzeżu Groznego. Dorabia jako kierowca. Bez pomocy
ludzi takich jak on, dziennikarz do Czeczenii się nie dostanie. Zabronione.
Dozwolone są tylko grupowe wyjazdy organizowane przez urzędników z Kremla.

Znałam Ramzana już ponad miesiąc, ale nie odważyłam się pytać go o
cokolwiek, co mogłoby się wiązać z partyzantami i z ruchem oporu, choć jasne
było, że jest "od nich". Wtedy też rozmawialiśmy o czymś neutralnym, gdy
nagle Ramzan pochylił się i szepnął mi do ucha: - Powiem ci coś, o czym nikt
jeszcze nie wie. Przygotowujemy akcję w Moskwie, jak w Palestynie. Na wzór
szahidów. Skończymy wojnę. Zobaczysz.
- Eee tam, opowiadasz... - nie chciałam wierzyć. Czeczeni lubią stroszyć
pióra, chwalić się, zmyślać...
- Zobaczysz! - zrobił się poważny. Zacięty.
- Nie róbcie tego. Świat będzie wami gardził.
- Co nam z tego świata?! Czy nam pomógł? Patrzy obojętnie, jak nas
zarzynają. Nam już wszystko jedno. Nie mamy nic do stracenia.

Kobiety na pokaz

Przypomniałam sobie tę rozmowę, marznąc pod teatrem na Dubrowce w noc przed
szturmem. Ale jak wtedy w lecie, tak i teraz nie rozumiałam, jaka siła
przekonała Czeczenów do zbiorowego samobójstwa. I to publicznie! Znam ich
trochę. Cały ten teatr, te kobiety na pokaz - to wszystko było sztuczne,
obce. Stroje szyte jak na zamówienie. Nieczeczeńskie. Dziwne.

23 października 2002 roku oddział 44 terrorystów, wśród nich ponad 20
kobiet, wtargnął do teatru przy ulicy Dubrowka w Moskwie w trakcie spektaklu
"Nord-Ost". Był to jedyny akt terrorystyczny, w którym Czeczeni artykułowali
żądania: Qyprowadzić wojska! Zacząć rozmowy pokojowe!

Zdumiony świat patrzył na czarne szaty kobiet i nie do końca rozumiał, o co
chodzi w tym spektaklu zamienionym w straszliwy dramat przez rosyjską
milicję, która na rozkaz władz najwyższych zagazowała teatr. Zginęło 129
osób. Wcześniej z rąk terrorystów - pięć. O dziewczynach z "Nord-Ostu" mówią
w Czeczenii niechętnie. Najczęstsza odpowiedź na pytanie - spłoszony wzrok,
napięcie, milczenie. Strach. Ich domy spalili rosyjscy żołnierze. Rodziny -
o ile nie zabito ich na miejscu lub nie wsadzono do jakiejś katowni -
uciekły.

Wiele wody upłynęło, nim pojęłam, że tajemnicy smiertnic strzegą dwie siły:
rosyjska i czeczeńska. Rosyjskie służby specjalne i czeczeńscy radykalni
islamiści - wahabici. Siły niebezpieczne. Pozornie wrogie sobie. Wiele
jednak wskazuje na to, że ze sobą powiązane.

Wybuch, którego nie było

W sąsiadującym z Czeczenią Dagestanie wahabizm istniał od dawna, ale nie był
groźny. Czy to tylko zbieg okoliczności, że stał się problemem w 1996 roku,
gdy Czeczenia wywalczyła sobie niewielką niezależność? To właśnie wtedy
usłyszeliśmy o porwaniach cudzoziemców w Czeczenii, zobaczyliśmy głowy
Anglików zatknięte w śnieg i film wideo, na którym Czeczen pastwi się nad
rosyjskim żołnierzem. Dziś wiadomo, że wiele z tych potępianych przez
światową opinię publiczną zbrodni to właśnie sprawki wahabitów. Jednak wina
za terror spływa na cały czeczeński naród i wszyscy mieszkańcy republiki
traktowani są dziś jak zbrodniarze, którym nie przysługują podstawowe
ludzkie prawa. Wojna pod hasłem walki z terroryzmem usprawiedliwia przed
światem wszystko.

W 1999 roku, kiedy wylatywały w powietrze moskiewskie domy, natychmiast
stwierdzono, że to dzieło czeczeńskich terrorystów. Szef Federalnej Służby
Bezpieczeństwa Władimir Putin ogłosił bezlitosną walkę z czeczeńskim
terroryzmem. I został prezydentem.

Wiele wskazuje jednak na to, że straszliwe akty terrorystyczne mogły być
inspirowane przez rosyjskie służby specjalne. W Rosji nie dopuszczono na
przykład do stworzenia komisji parlamentarnej badającej okoliczności
zamachów, a związane z nimi procesy toczyły się za zamkniętymi drzwiami.
Ponadto francuski film, który był niezależnym śledztwem w tej sprawie i
sugerował związki sprawców ze służbami specjalnymi, nie został, podobnie jak
napisana na ten temat książka, dopuszczony do rozpowszechniania w Rosji.
Były też inne dziwne fakty. Przewodniczący Dumy Giennadij Selezniow,
ogłaszając wiadomość o wysadzeniu domu w Moskwie, wymienił też nazwę
miejscowości Wołgonowsk, w której wybuch nastąpił dopiero później. A
próbujący wyjaśnić sprawę zamachów Siergiej Juszenkow został zastrzelony
przez nieznanych sprawców w kwietniu 2003 roku.

Atrapa zemsty

Społeczeństwo rosyjskie, choć niewiele wie o dramacie czeczeńskim (telewizja
podaje wyłącznie wersję Kremla), nie chce wojny. Chce pokoju. Inaczej niż
władza, której na rękę jest stały wróg. "Palestyński scenariusz" w Czeczenii
pozwala na ogłoszenie światu, że Rosja toczy walkę z "terroryzmem
międzynarodowym". A któż lepiej tę "palestyńskość" potwierdzi niż
kobiety-szahidki? Zrozpaczonych w Czeczenii nie brakuje. I rozpacz
wystarczy, by naprowadzić ich na "właściwy" tor. Jak Luizę Bakujewą z
Arguna. Luizę, która tak naprawdę umarła 16 maja 2001 roku. Wspomina mi o
niej Abubakar - mój przewodnik, kierowca, opiekun. Wie, że poszukuję
informacji o szahidkach. Dziś w Czeczenii to bardzo niebezpieczny temat. A
Abubakar ma pięcioro dzieci. Chce żyć, więc milczy. Ale pewnego dnia, gdy
podczas kolejnej "zaczystki" w jego rodzinnym Argunie zgwałcono kilka
dziewcząt, ni stąd, ni zowąd opowiada mi tę historię. Przyjaźnił się z mężem
Luizy. Po jego śmierci opiekował się nią i dzieckiem. - Nie była
ślicznotką - mówi Abubakar. - Ani młódką. Kiedy wyszła za mąż, miała 29 lat.
Stanowili nietypowe dla Czeczenów małżeństwo. Mąż ją tak kochał, że nie
wstydził się o tym mówić, co przecież Czeczenowi nie przystoi. Tak jak i
pytać żonę przy innych o radę. Ale on był dumny z jej mądrości. Mieli
trzyletnią córeczkę. Jedynaczkę. Luiza więcej dzieci mieć nie mogła.

16 maja 2001 roku była "zaczystka". 17 pijanych żołnierzy wpadło do jej
domu. Na piecu stał kocioł z wrzątkiem: Luiza zabierała się do prania.
Żołnierze wrzucili do wrzątku dziecko. Śmiejąc się, przytrzymywali Luizę,
nie pozwalając jej na żaden ruch. A potem ją gwałcili. Wszyscy. Butelką też.
Na jej ciele gasili papierosy. Nożami wycinali krzyże.

Nie posiwiała, nie zwariowała. Pewnego dnia zniknęła i zobaczono ją dopiero
na scenie "Nord-Ostu". Poszła się mścić... Choć niekoniecznie umierać:
ładunki wybuchowe w pasach szahidek były atrapami. Kiedy zaczął się szturm,
niektóre z szahidek rozpaczliwie łączyły przewody swoich "bomb". Potwierdza
to m.in. dochodzenie niezależnej komisji stworzonej przez byłych zakładników
"Nord-Ostu" i zeznania naocznego świadka, byłego zakładnika Nikołaja
Lubimowa.

Czy zdawały sobie z tego sprawę? Wiedziały, że mają zastraszyć Putina,
doprowadzić do pertraktacji. Wiedziały, że decydują się na krok ważny dla
ich ojczyzny. Ale śmierć nie była pewnikiem. Była jedną z możliwości.
Tragicznym wariantem.

Dom jak inne

Dokąd udawały się te nieszczęsne kobiety po tym, gdy podjęły decyzję? Tam,
gdzie nauczono je odpowiednich zachowań, wyposażono w dziwne szaty, dano
pieniądze na podróż (niektóre miały bilety powrotne), wsparto Allahem.
- Gdzie to jest? No, gdzie? - pytam Zaretę, moją przewodniczkę.
- Chcesz się narazić dla głupiej ciekawości? - odpowiada zniecierpliwiona. -
Wiesz, czym to grozi...
Jestem zmęczona. Śmiertelnie zmęczona, choć przecież nic złego mnie nie
spotkało. Tkwię w miejscu, które nazywa się ulicą, choć jest szerokim
tunelem wśród ruin. Jak cały Grozny, jak niemal cała Czeczenia. Jest mi
zimno, znowu mam przemoczone buty, zapomniałam, że tutaj kałuże zamieniają
się w morza w nie do końca zasypanych lejach po bombach albo wyrwach po
pociskach. Jestem zmęczona nocami przespanymi w brudnej pościeli, bo z
kranów w Groznym od lat nie cieknie woda. Jestem zmęczona strzelaniną po
nocach i wybuchami min w dzień. Jestem zmęczona poszukiwaniem ludzi "w
ciemno", bo przecież zatelefonować nie można w tej przestrzeni bez
łączności, gdzie działa tylko kilka rozmównic publicznych, a na posiadanie
komórki wydaje zgodę służba bezpieczeństwa. Jestem zmęczona spojrzeniami
pełnymi wyrzutu, że my, dziennikarze, nie potrafimy przewrócić świata do
góry nogami, by uświadomić politykom ich cynizm i fałsz. Jestem tak
zmęczona, że mi wszystko jedno i dlatego mówię, że chcę przynajmniej wejść
TAM.

Dom jak inne. Daleko od centrum. Zareta coś szepcze kobiecie, która
otworzyła nam furtkę. - Na twoją odpowiedzialność - mówi do mojej
przewodniczki kobieta. Wchodzimy. Zdejmuję buty. W głównym, dużym pokoju
słyszę głośne szepty. Wchodzę i zastanawiam się, kto jest bardziej
zdenerwowany: ja czy te sześć dziewcząt. Na pewno nie młody człowiek w
panterce, odkładający właśnie automat. Dozorca? Nauczyciel?

O co mam pytać? Czy chcą umrzeć? Pewnie chcą, jeśli tu przyszły. Dlaczego
przyszły? Wiem: gwałcono je, rozstrzeliwano na ich oczach najbliższych.
Wpatrują się we mnie. Milczą. Wreszcie jedna pyta: - Czy wy tam w Europie w
ogóle wiecie, gdzie jest Czeczenia? Pyta zadziornie i wesoło. Śmiejemy się.
Wszystkie. Oprócz człowieka z bronią. Nie mogę sobie wyobrazić tej drobnej,
wesołej blondynki rozerwanej bombą.

Czy prawdą jest to, o czym gdzieniegdzie wspominają rosyjskie media: że
kobiety przed akcją faszerowane są narkotykami? Czy ich rozpacz naprawdę
wykorzystywana jest jako narzędzie walki jakiegoś odłamu czeczeńskich
wahabitów i rosyjskich służb specjalnych, by Kreml mógł podsycać mit o
terroryzmie międzynarodowym w Czeczenii i ostatecznie spacyfikować ten kraj?
Biedne dziewczyny. Chcą umierać w imię narodu, a swą śmiercią pogrążają go w
nicość. Bo nie ma przyczyny, dla której świat mógłby współczuć mordercom. A
ślepa zemsta na niewinnych, przypadkowych ludziach jest zbrodnią, której nic
nie usprawiedliwi. I tylko kilka pytań zostaje bez odpowiedzi: dlaczego
właśnie Arbi Barajew, handlarz zakładnikami i morderca, który jeździł
swobodnie po Czeczenii, legitymując się dokumentami oficera rosyjskiego MSW,
zorganizował pierwszy akt terrorystyczny z udziałem kobiety-smiertnicy? I
dlaczego wszystkie terrorystki z "Nord-Ostu" uśpione gazem zastrzelono,
zamiast aresztować? I dlaczego wreszcie do domu, do którego trafiam ja, nie
może trafić oddział do walki z terroryzmem?

Uśmiech Asi

Wrzesień 2003 roku. Jedna ze stolic Europy Wschodniej. Wieczór. Do samochodu
wsiada szczupły młody człowiek. Niezbyt przyjemnie pachnie: w obozach dla
uchodźców kiepsko funkcjonują łazienki, a pieniędzy jest tak mało, że i na
pastę do zębów brakuje. Nie chce wyjawić swego nazwiska. Odpowiada
półsłówkami. Boi się. Ucieka przed "ruskimi". Jest bratem jednej z NICH. To
ją pokazywała telewizja dzień po dniu, gdy rozgrywał się dramat. Pociągła
twarz, duże oczy, długie łuki brwi, spojrzenie śmiałe - prosto w kamerę.

Asia miała 28 lat. Była nauczycielką. Kończyła studia na uniwersytecie w
Groznym. Czterech braci. Najstarszemu podczas tortur odbito nerki i płuca.
Średni, też po torturach, został kaleką na całe życie. Najmłodszego
zastrzelono nocą. Ostatni - Achmed - właśnie rozmawia ze mną. I miała dwóch
mężów. Obaj walczyli. Pierwszy poległ w 1996 roku. Drugi na początku 2002
roku. Pewnego dnia Asia znikła. Matce powiedziała, że jedzie do Rostowa na
badania. Leczyła raka piersi. Zostawiła trzyletnią córeczkę. Mój rozmówca z
trudem mówi o siostrze. Ona jest daleko, odeszła. Już nie ma kłopotów. O
wiele bliżej jest 18-osobowa rodzina z powodu Asi metodycznie unicestwiana.
Ich dom był pierwszym, który po "Nord-Oście" wyleciał w powietrze. Tuż przed
obłożeniem go dynamitem wyrzucono śpiących w nim tak, jak stali. Matkę i
ojca zastrzelono. Siostrę Asi uratowało inne nazwisko. Jej czteroletni synek
podszedł do żołnierza i zapytał: - Zabijesz mnie? Żołnierz nie zabił.
- Czy Asia dobrze zrobiła? - pytam.
- Dobrze - odpowiada. Po chwili dodaje: - Wszyscy o nas zapomnieli. A oni
pokazali, że żyjemy. I nie chcemy wojny.

W jakimś piśmie znajduję pośmiertne fotografie terrorystów. Asia, czyli
Asiet Giszlurkajewa, uśmiecha się spokojnie. I smutno.

Krystyna Kurczab-Redlich

Tekst pochodzi z magazynu marie claire
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Laboratorium słuzb

poniedziałek, 27 lutego 2006 22:04
Powziąłem zamiar nakręcenia dokumentu o kobietach żyjących w realiach wojny. A skoro o kobietach, to również o dzieciach i cywilach. Tych, których okrucieństwa konfliktów zbrojnych dotyczą najbardziej. Scenariusz wszędzie jest taki sam - w Moskwie, Groznym, Nazraniu czy Biesłanie. Kobiety częstują herbatą i ciastkami, a potem opowiadają, wracając myślami do czasu tragedii: porwania męża, zabicia syna, odnalezienia zwłok w kostnicy. I wszystkie mówią o strachu, bezsilności i niesprawiedliwości. Można się przyzwyczaić do takich łez. Do jednego się nie przyzwyczaiłem - do ciszy. Do tej ciszy, której z początku nie słyszałem, a zobaczyłem ją dopiero pod koniec podróży, na kaukaskim cmentarzu.

Młodemu biada

Wyprawa zaczyna się w Moskwie. Czteropiętrowe bloki, nieduże mieszkanko zasiedlone przez dwupokoleniową rodzinę. Kobieta, której syn zginął przed rokiem w Czeczenii w strąconym rakietą helikopterze, uspokaja się i wraca do wcześniejszych wspomnień. O syna zaczęła się bać, gdy ukończył czternaście lat i zainteresowały się nim instancje wojskowe. - Bo już wtedy było napięcie na świecie, polityczne i wojenne - mówi. Potem, gdy był już w wieku poborowym, postanowiła go chronić - nie otwierała drzwi, nie odpowiadała na "powiestki". Pewnego dnia wyszła rano z psem. Na jej spotkanie szło nieszczęście, którego nie rozpoznała - dwóch tajniaków i milicjant. Gdy wracała, od sąsiadki dowiedziała się, że zabrano jej syna. Była wczesna, ranna godzina. Tajniacy zadzwonili do drzwi tak, jak dzwoniła ona - trzy razy. Syn otworzył. Pobiegła do wojenkomatu. Płakała, szlochała, zaklinała się, że za nic syna nie odda. A oni jej na to: pani ma syna, a my procenty; kiedy niż demograficzny idzie do wojska cierpią na tym nasze pensje.  Dopiero później, Tatiana Kuzniecowa ze "Związku Żołnierskich Matek" uświadomiła mi, że to normalna praktyka - czają się na klatkach, stoją na schodach, przychodzą o czwartej, piątej rano.

Jakiś czas temu, na jednej z moskiewskich stacji, stał pociąg wojskowy z wieloma wagonami. Jechał na Syberię i trzeba go było zapełnić. Milicja urządziła łapanki na stacjach metra. Kordon mundurowych zatrzymywał wszystkich młodych ludzi. To nic, że ma odroczenie, że studiuje. Wagony czekają.  Stają zatem tajniacy i mundurowi o świcie na schodach metra, chodzą po akademikach, węszą wszędzie, gdzie tylko można upolować rekruta. I tak się dzieje dwa razy do roku, na jesieni i na wiosnę.

- Potem wysyłają ich daleko, żeby trudno było ich wydobyć - dodaje Kuzniecowa - i praktycznie wszyscy przechodzą przez "gorące punkty". Kiedyś był to Afganistan, teraz jest Czeczenia. Zginęło tam już od 18 do 20 tysięcy rosyjskich żołnierzy. Giną nie tylko w czasie działań wojennych na Kaukazie. Gdy byliśmy w Inguszetii, moskiewskie wiadomości telewizyjne podały informację o śmierci żołnierzy w samej Rosji: jeden zamarzł, drugiego zastrzelono "podczas próby ucieczki" - zdezerterował z bronią i podobno kogoś zabił. Giną, bo ich ziemia zasypała w transzei, z głodu, w wyniku bestialstwa "fali". Na "Kursku" zginęli, bo generalicja nie chciała pomocy Zachodu. W Czeczenii mówiono mi o oddziale wybitym do nogi przez bliżej niezidentyfikowanych terrorystów. Podobno dowódca poinformował zamachowców o marszrucie swoich ludzi, bo przepił żołd dla oddziału.

Kontraktnicy

Kilka lat temu mieszkałem w Groznym w prowizorycznych koszarach zajmowanych przez jeden z oddziałów armii Federacji. Były to zniszczone zabudowania jakiegoś składu czy fabryczki, w których wojsko urządziło sobie izby żołnierskie, jadalnię i magazyny. Cisza, spokój, wokół bunkry z betonowych elementów, czołgi, wozy pancerne i posterunki. Dowódca z dumą pokazywał: - O tam założyliśmy pole minowe, tam stacjonuje specnaz. - A w domyśle: mamy tu jak u Pana Boga za piecem.

I oto, w tej wojennej sielance, z dachu zabudowań zaczęły dobiegać wyzwiska. Oficerowie jęli się z niepokojem rozglądać. Jeden z nich bardzo poważnym tonem stwierdził, że trzeba się skontaktować z dowódcą tamtych na górze. Zacząłem się dopytywać, co to za jedni. - Ano, kontraktnicy, namiot rozbijają. Jak im coś do łba strzeli, to i granat rzucą.

Kontraktnicy mają swój szyk: chusta na głowie, rękawiczki, czasem z obciętymi palcami. Czeczeni ich nienawidzą. Ale też nigdzie na świecie nie lubi się najemników. Ludzie mówią, że przyjechali zarabiać na ich krwi. Coś w tym musi być. Z zachowaniem wszelkich proporcji, ale kiedy nasi jechali do Iraku to dziennikarze podpytywali ich, po co jadą. Przeważała odpowiedź, że dla zarobku. Nie wszyscy kontraktowi noszą się po piracku, i nie tylko oni dokonują zbrodni. Wystarczy przejechać się po Groznym, żeby wiedzieć, czego można się bać: federalnych (w hełmach), kadyrowców (w czarnych czapeczkach), służb (jeżdżą cywilnymi samochodami bez numerów), saperów (bo zastrzelą, ciało wysadzą w powietrze i powiedzą, że to terrorysta), czołgistów (bo rozjadą)...

- Kiedyś coś takiego jak żołnierz kontraktowy w przyrodzie nie istniało - mówi Weronika Marczenko z "Prawa Matki" - byli po prostu oficerowie.

Do "Prawa matki" zgłaszają się również rodzice zabitych kontraktników. Pytam, czy nie wstydzą się mówiąc, kim byli ich synowie. Weronika Marczenko uśmiecha się, widząc moją naiwność.

- Ci ludzie nie mają świadomości, że nie uchodzi zarabiać na wojnie. Pochodzą z małych miasteczek z wielkim bezrobociem. Było oficjalne zaproszenie z wojenkomatu, były ogłoszenia na tablicach i w lokalnej telewizji. Dla nich to rzecz zwyczajna, jak nabór do straży pożarnej - mówi Marczenko - wstyd pojawia się dopiero, gdy na własne oczy zobaczą, co się tam dzieje.

Ale wtedy pojawiają się także inne uczucia. Giną ich towarzysze, więc oni ich po prostu mszczą. Zdarza się, że kontraktnicy nie dostają ani kopiejki z obiecanych pieniędzy. Tzw. "bojowe" muszą wyciągać przez sąd. Mówiono mi w Groznym, że żołnierze łapią czasem przechodniów i zabijają ich, żeby udowodnić, że były walki z terrorystami, więc należy im się wyższy żołd. Zdarzały się też przypadki, gdy chłopakom po zakończeniu obowiązkowej służby w Czeczenii, w centrum Groznego, podsuwano papier: albo podpiszesz albo wracaj do domu na piechotę.

Dziel i rządź

Sympatyczny emeryt wybrał się z żoną i dwiema wnuczkami na spacer. Mieszka akurat niedaleko teatru na Dubrowce. Zastanawia się przed kamerą nad przyczynami zamachów terrorystycznych w Moskwie. - Winien jest rząd - mówi, połyskując złotymi zębami. A mnie, jakby kto na sto koni wsadził. Ale zaraz mina mi rzednie. - Za mało stanowczo postępują - dodaje. Jest nawet takie rosyjskie pojęcie: nastrój "szapkozakidajuszczyj". Jeszcze stu zabić, jeszcze tysiąc, zarzucić czapkami.

Nie, nie porozmawiałabym spokojnie z kobietą z Czeczenii. Uraza jest zbyt głęboka - mówi matka żołnierza - oni sami na śmierć wysyłają swoje dzieci. To niepokorny naród. Zawsze z nami walczyli. Od dwustu pięćdziesięciu lat. Nienawidzę wojskowych, nienawidzę armii. Nienawidzę tych, którzy uczestniczą w tej wojnie. Ale do czeczeńskich kobiet i dzieci nie czuję nienawiści - mówi jej siostra. Niemniej i ona w czeczeńskich bojewikach widzi bandytów:

- Bo nie walczą honorowo, tylko napadają zza węgła.

Wie o tym z telewizji, oglądała też kilka filmów o tematyce czeczeńskiej. Uważa, że te informacje i filmy są dziełem ludzi, którzy chcą całemu światu powiedzieć, co dzieje się w Czeczenii.

- Ludzie wierzą rządowi - mówi Weronika Marczenko z "Prawa matki". - I wierzą mediom znajdującym się pod kontrolą władzy. A tych paru niskonakładowych gazet dla inteligencji masy przecież nie czytają.

Grozny, typowy, parterowy dom czeczeński, z podwórzem zasłoniętym murem i bramą. Kobieta już przestała płakać. Opowiedziała o tym, jak w nocy uprowadzili jej męża, jak uderzyli ją kolbą, jak nie zabili jej razem z maleńkimi córkami, bo któryś z oprawców się zlitował w ostatniej chwili. Siedzi zamyślona na tle okna. Specjalnie ją tak usadziliśmy, żeby nie było widać twarzy. Jak przystało na Czeczenkę, twierdzi, że sama się nie boi, ale chodzi jej o bliskich, tych, którzy zostali przy życiu.

- Oni zawsze uważali się za przywódczy naród - mówi o Rosjanach. - usiłują z nas zrobić niższą kastę i chcą żebyśmy się z tym pogodzili. Teraz ma miejsce ludobójstwo mojego narodu. To może się powtórzyć i wobec nich. Widzimy w telewizji koncerty w Rosji. W tym samym czasie u nas są pogrzeby. Powinni pomyśleć, że jutro ta wojna przyjdzie do ich domu. Kiedyś wyniszczano Żydów, teraz dzieje się to z naszym narodem. Powinni pomyśleć, co jutro może stać się z nimi.

Ilf i Pietrow w FSB

- Interesują pana terrorystki? - pyta działacz nazrańskiego oddziału "Memoriału" i ironicznie się uśmiecha. Z tymi terrorystkami jest kłopot. Już wieczór, a w domu ich nie mogę odwiedzić, bo mężowie się nie zgadzają - nie wypada. Ale wreszcie udaje mi się je dopaść - cztery lekarki z amerykańskiej organizacji medycznej International Medical Corps. Jedna z nich, najstarsza, udziela rady kamerzyście, który się przeziębił: niech zagrzeje wódki i wypije duszkiem, to chorobę z kości wygoni.

Pytam ją, jak to było z tym terroryzmem.

Parę miesięcy temu przyleciał z Moskwy kierownik, by przekazać wiadomość, że zdjęcia lekarek wiszą tam na słupach. Potem informację potwierdzili krewni: fotografie wiszą w metrze, na rynkach, w supermarketach. Są podpisane, ale nie cyrylicą tylko po angielsku, podano nawet godziny przyjęć. Kiedy pewien dziennikarz chciał to sfotografować, ochrona mu nie pozwoliła. Następnego dnia obok pojawiła się tabliczka, że fotografowanie jest zabronione. Pisały do Dumy, do Putina, do wszystkich świętych, amerykańskie kierownictwo interweniowało nawet w MSZ. Wszyscy święci odpisywali, że lekarki "nie są w śledztwie". A zdjęcia dalej się pojawiały. Więc dzwoniły pod numery sztabu antyterrorystycznego podane przy fotografiach (bo każdy, kto by lekarki na ulicy zobaczył, powinien zawiadomić władze). Okazało się, że jedna cyfra w numerach była specjalnie zmieniana. Wreszcie znalazły właściwy numer. Odpowiedziano im, że ten, co kazał rozwiesić listy gończe jest na urlopie. I podano im kolejne numery, które oczywiście nie odpowiadały. Sprawa ucichła. Ale potem był zamach terrorystyczny w Biesłanie i lekarki znów się pojawiły. W sierpniu, po katastrofach lotniczych, do poszukiwanych listami gończymi Inguszek dodano trzy Czeczenki. Wysłały razem około czterdziestu pism, chodziły do FSB. Przegnali je i powiedzieli, że gdyby trzeba było, dawno już by je znaleźli... I znów fotografie pojawiały się to w Moskwie, to w innych miastach. Wreszcie znaleziono je w kryjówce pewnego bojewika. Ostatnio napisano nawet, że lekarki są nosicielkami broni bakteriologicznej i biologicznej.

- A my nie jesteśmy terrorystkami, jesteśmy muzułmankami - zanosi się szlochem jedna z "terrorystek". - Że jestem muzułmanką, że mam czarne włosy i ciemne oczy, to już terrorystka?

W lipcu służby zabiły stu mężczyzn w jedną noc, w samym Nazraniu.

- Wzywali wedle adresów i zabijali - mówi lekarka. - Teraz przykazałam mężowi: jakby pukali do drzwi albo dzwonili, to mów, że mnie nie ma.

Czeczeńskie Joanny d'Arc


- To nasza Joanna d'Arc, porozmawiaj z nią - słyszę od człowieka, z którym spotykam się w hotelu i proszę o informacje na temat kobiet-terrorystek. Nieduża, siwowłosa. Ostrzegają mnie, żeby nie pozwolić jej za dużo mówić, bo jak zacznie to nie skończy. Od dziesięciu lat, na własną rękę, zajmuje się zbieraniem i upowszechnianiem informacji o przestępstwach dokonywanych na terenie Czeczenii przez wojska rosyjskie.

- Dojadło mi to - mówi Tamara Kałajewa, gdy proponuję, że sfilmujemy ją tak, żeby nie było widać twarzy. - Zmęczyło mnie, że nie mogę czuć się człowiekiem. Zabrali mi wszystko, teraz chcą zabrać twarz. Doskonale wiem, że wyjdzie mi to bokiem, ale to moje wyzwanie, to mój sprzeciw wobec przemocy. Teraz będą zabijać obrońców praw człowieka i dziennikarzy, którzy mówią prawdę o tym, co tu się dzieje. To już się zaczęło. Z dnia na dzień czekamy, że nas schwytają i znikniemy bez śladu. Albo banalnie nas zabiją. Nasza ostatnia nadzieja w tym, żeby ta informacja dotarła do was.

Zaczyna mówić tak, jakby bardzo się spieszyła. Pokazuje zdjęcie młodej, ostrzyżonej po chłopięcemu dziewczyny. To Marina, pracownica wydziału paszportowego. Na terenie komendantury zobaczyła jak pododdział specjalny prowadził młodego, zakrwawionego Czeczena w cywilnym ubraniu. Bili przez cały czas. Łzy napłynęły jej do oczu. Jeden z oprawców podszedł i zapytał:  - co, bandyty ci żal?  Odpowiedziała, że to oni są bandytami, skoro tak się zachowują. Trzy dni później została zatrzymana. Do dziś nie znaleziono trupa.

Luiza Mutajewa, dziewiętnastolatka. Już rok minął od jej zatrzymania. Nie wiadomo, gdzie jest. Jej siostra zginęła w Nord-Ost. Kolejna młoda kobieta na zdjęciu. Przeżyła, ale poddano ją takiej przemocy, której nie zniósłby niejeden mężczyzna. Była psychologiem. Oskarżono ją, że obmawia rosyjską armię.

- Wielka liczba kobiet znika bez śladu, niezależnie od przynależności społecznej, wykształcenia i poglądów - mówi Tamara Kałajewa.

Badała także sprawę Dubrowki.

- Przepytywałam rodziny zabitych, żeby stwierdzić, co było bodźcem do udziału w zamachu. Odniosłam mocne wrażenie, że większość z uczestników przeżyła nieopisany nacisk psychiczny: codzienne zaczystki, uprowadzanie bliskich, rozstrzelane rodziny. Tym ludziom nie pozostała już nadzieja, że ktoś im pomoże. Dziwna historia przydarzyła się dziewczynie o nazwisku Bajrakowa. Słyszałem o tym już podczas poprzedniego pobytu na Kaukazie. Ponoć uprowadzono ją na dwa miesiące przed atakiem terrorystycznym na Dubrowkę. Zniknęła z domu w podejrzanych okolicznościach, a potem pojawiła się w teatrze. Ludzie, którzy po nią przyszli nosili mundury polowe.

- Ponoć poszła z nimi dobrowolnie. Ale to było wtedy, gdy na tym terenie całkowitą kontrolę sprawowały oddziały rosyjskie - komentuje Kałajewa.

Honor Kaukazu

Ileż to razy mówili mi, że ich kobiety to świętość. Według Koranu kobietę należy traktować z szacunkiem, choć jednocześnie odsuwa się ją od spraw publicznych. I jak tu pytać o los zgwałconych? Tym bardziej, że według lokalnej tradycji nawet porwanie do komendantury, bez gwałtu, powinno się skończyć odrzuceniem przez ród. Tak nakazuje honor. Podobno właśnie te kobiety stanowią materiał na "czarne wdowy", jak nazywa terrorystki-samobójczynie rosyjska propaganda.

- Rozmawiałam z kobietami, które doświadczyły przemocy seksualnej - mówi Tamara Kałajewa. - Żadna z nich nie została odrzucona przez rodzinę. Obyczaj, opinia, oczywiście... Kiedyś tego nie wybaczano, ale dziś działają tu całe armie Budanowych. I o co oskarżać kobietę? To po prostu ofiara, jak wszystkie inne ofiary tej wojny.

Pułkownik wojsk pancernych Budanow, kawaler orderu za męstwo, zgwałcił na pancerzu czołgu dziewczynę, po czym ją udusił. Dostał za to dziesięć lat. Sąd nie dopatrzył się gwałtu. Słyszałem rozmowę rosyjskich oficerów na ten temat, jeszcze przed procesem. Z zafrasowanymi minami zastanawiali się, czy władza zastosuje wobec pułkownika kodeks karny, czy tylko środki dyscyplinarne.

- Na początku formułowano obraz wroga - narodu - mówi Tamara Kałajewa. - Teraz skupia się to na kobietach. To nowa broń ideologiczna Rosjan: Czeczenka terrorystka. Władze rosyjskie doskonale wiedzą, że bezczeszcząc kobietę, dyskredytując ją, zyskują więcej - łamią ducha etnosu .

Na dziesiątym piętrze jedynego groznieńskiego domu z windą (ale bez wody) mieszka Natalia Estamirowa, działaczka "Memoriału".

- Terroryzm jest u nas bardzo surowo osądzany, szczególnie w wykonaniu kobiet. Jest jeden przypadek samobójczego zamachu dokonanego przez doprowadzoną do ostateczności dziewczynę, która zabiła się, wysadzają w powietrze niejakiego Gadżyjewa, komendanta Urus Martana. Ale nie było innego sposobu, żeby go powstrzymać. Prawo rosyjskie nie działało przeciwko niemu, ale go chroniło. Był przy tym kawalerem orderu Bohatera Rosji. Na terenie Urus Martana, w byłym internacie szkolnym, mieścił się obóz filtracyjny. Znęcano się tam nad ludźmi a w okolicy wielokrotnie znajdowano trupy. Gadżyjew obiecał dziewczynie, że zwolni jej brata i ojca, ale słowa nie dotrzymał. Obaj zginęli. Dziewczyna zemściła się. - Zabijając go powstrzymała uśmiercanie innych ludzi - dodaje Estamirowa.

Badała też losy zgwałconych kobiet.

- Kiedyś wystarczało samo podejrzenie, jeśli kobieta była sama z obcym mężczyzną, to dla męża był to powód do zerwania małżeństwa. Teraz wiele się zmieniło. W pewnej wsi mieszkała zgwałcona. Estamirowej powiedział o tym mąż tej kobiety. Oboje zrobili wszystko, by to ukryć. W konspiracji brała udział starszyzna wioskowa. Nikt nie puścił pary z gęby. Złamano jakąś normę obowiązującą w społeczeństwie czeczeńskim. Kobieta zaczęła być traktowana instrumentalnie. Wykorzystuje się ją, żeby zmusić mężczyznę do uległości. Wiosną ubiegłego roku służby zabrały krewnych i krewniaczki jednego z dowódców polowych, Magomeda Chanbijewa. W ten sposób zmusili go do poddania się. W wrześniu 2004 r. zabrali krewnych Maschadowa i Basajewa. Siostrze prezydenta Czeczenii, starej kobiecie, kazano zwrócić się do brata za pośrednictwem telewizji: - zatrzymano nas, bo ty wysłałeś ludzi do Biesłanu (co jest wierutną bzdurą) - mówiła. Potem zakładniczki zostały wypuszczone, ale staruszce okaleczono nogę. W grudniu znów ją zabrali. Nie wiadomo, gdzie teraz przebywa.

Cuda w sądzie

Wiele terrorystek zostało złapanych i osądzonych. Przykładem może tu być tragiczna postać Zaremy Mużychojewej. Zza krat klatki dla oskarżonych, po wysłuchaniu wyroku skazującego ją na 22 lata więzienia, krzyczała do sędziów: -jak ja was nienawidzę! Jej mąż zginał gdzieś w Rosji, ją rozłączono z maleńką córeczką. Zrobiłaby wszystko, żeby znów być z nią razem.

- Ona odmówiła dokonania zamachu terrorystycznego - mówi Natalia Estamirowa. - Nie jej wina, że zginał saper, który próbował rozbroić ładunek. W kawiarni przy Twerskoj-jamskoj (ulica położona niedaleko Dworca Białoruskiego, na który zajeżdżają pociągi m.in. z Warszawy) zachowywała się tak, żeby wzbudzić podejrzenia. Zatrzymana od razu wskazała na torbę z ładunkiem. Potem pomagała w śledztwie.

- I dostała 22 lata, a Budanow dziesięć. - dodaje Estamirowa.

Drugi przykład - Zara Murtazalijewa. W pierwszej instancji, przed moskiewskim sądem, dostała dziewięć lat. Estamirowa przeglądała protokoły rozpraw.

- Bardzo dobrze widać, że ten terroryzm Zary został zorganizowany. Kiedy przyjechała do Moskwy znalazł się człowiek, który załatwił jej mieszkanie, podtrzymywał z nią kontakty, pomagał jej we wszystkim i prowokował do zamachu. Ale dziewczyna nie została terrorystką, a na znalezionym przy niej plastiku nie ma jej odcisków palców. - kontynuuje Estamirowa. - Rosyjski wymiar sprawiedliwości jest jedyny w swoim rodzaju - podsumowuje - skoro można skazać człowieka bez dowodów.

Niech świat się dowie

Przejeżdżamy obok obskurnego płotu z betonowych elementów. "Wyszka" też z betonu, blaszana, porysowana brama. To koszary "Chantów". Tak nazywają słynący z okrucieństwa oddział OMON z północnej Rosji. Teraz trochę złagodniał, bo sądzą jednego z ich oficerów, niejakiego lejtnanta Łapina. Jedziemy do sądu, odnowiony budynek podwórzec otoczony murkiem, wokół ruiny. Plany są dwa: jeśli są inne ekipy z kamerami - filmujemy, jeśli nikogo nie ma i będziemy zanadto rzucać się w oczy, to w oddalamy się dostojnym krokiem, bo w Groznym biegać nie wolno, jeszcze wezmą za terrorystę i zastrzelą. Są kamery. Stajemy więc i my. Przed wejściem do budynku sądu kłębi się tłumek kobiet. Trzymają w rękach zdjęcia zaginionych bliskich i szczoteczki do zębów.

- To żony i matki porwanych, którzy zaginęli bez wieści - mówi Stanisław Markiełow, moskiewski adwokat i oskarżyciel posiłkowy. - Zdjęcia trzymają, bo może oskarżony przypomni sobie, co z tymi ludźmi zrobił, a szczoteczki, bo się skarżył, że go niehumanitarnie traktują - w areszcie nie dali mu ręcznika i szczoteczki do zębów.

Markiełow to stary znajomy. Spotkałem go rok wcześniej w Moskwie, gdzie reprezentował wobec władz matkę jednej z ofiar Dubrowki. Odważny, rzekłbym zadziorny, zajmuje się prawami człowieka. Mówi z dumą, że chce aby w Czeczenii na miejsce prawa automatu zapanowało rosyjskie prawo. Myślę, że będzie miał zatrudnienie do końca życia.

Lejtnant Łapin nawet na tle swojego oddziału wyróżniał się okrucieństwem, więc zrobiono go śledczym. Był za słaby, żeby bić rękami. Bił pałką drewnianą, gumową, raził prądem, podwieszał za ręce, wbijał gwoździe w ciało i igły za paznokcie. Krótko mówiąc: łapał i dręczył, a potem człowiek przepadał.

Demonstrują głównie kobiety. Mężczyzn mało, bo to bardzo niebezpieczne.

Dochodzą mnie strzępy wypowiedzi. Raczej apeli skierowanych do kamer:

- Od czterech miesięcy nie wiem, gdzie jest.

- O czwartej rano przyszli po męża. Schwycili dwuletniego syna i powiedzieli, że go zabiją, jak stawi opór.

- Był starszym inspektorem straży pożarnej. Z przystanku go zabrali 16 grudnia 2000 r. I nic nie wiemy, wszędzie chodziliśmy, szukaliśmy.

- Niech świat się dowie!

Ponad dwa lata temu byłem w jednym z obozów dla uchodźców w Inguszetii. Podeszła do mnie dziewczyna. Duże, szeroko otwarte oczy, okrągła buzia. Patrzyłą na mnie uporczywie, potem pokazała czarno-białą fotografię. Aż się żachnąłem. Na zdjęciu było zdjęcie młodego mężczyzny. Cały nagi. Między nogami, zamiast przyrodzenia, ma plastikową rurkę. - Niech cały świat się dowie, co federalni zrobili mojemu braciszkowi - powiedziała.

W zonie

Osiedle wysokich, wypalonych domów. Gdzieniegdzie, w oczodole okna - plastikowa folia, gdzieś wystaje kominek "kozy". Tam mieszkają ludzie. Przy ulicy położonej kilkaset metrów dalej, gdzie wśród ruin uchowało się trochę domków, w nocy była zaczystka. Wygarnęli wszystkich mężczyzn - dzień, jak co dzień. Idziemy do kobiety, która ma nam powiedzieć, jak jej rodzina zarabia teraz na życie. Trochę trzeba poczekać, bo właśnie jest na bazarze, gdzie handluje. Właściwie, to banał: mężczyźni bez pracy, kobiety utrzymują dom handlem, zbiórką cegieł i złomu. Przy okazji wspomina, jak zabrano jej dwóch braci i syna. Trzeciego brata cudem znalazła. Dopytuję się o ten cud.

- Zabrali ich w 2001 r., podczas blokady Argunu - mówi kobieta. Ma 48 lat, a siwa jest jak gołąbek, wygląda na grubo ponad sześćdziesiąt. - To byli federalni. Zabierali naszych na żwirowisko. Trzymali ich z zasłoniętymi oczami w dołach, samochodach i więźniarkach. Kobiety poszły szukać swoich bliskich. Szły przez pole minowe. Jednego brata znalazła. Potem szła z Argunu do Groznego. Pole zasłane było trupami. Przychodzili ludzie, szukając swoich. Jeszcze po tygodniu znaleziono czyjeś ciało przysypane żwirem.

Kolejna wizyta: młoda kobieta, z dwiema córeczkami. To ta sama, która przestrzegała Rosjan, że i do nich może przyjść wojna. Wtargnęli do niej o pierwszej w nocy. Mieli kominiarki i hełmy. Wyciągnęli męża z łóżka. Z wrzaskiem zaczęli wypytywać o jakąś kasetę. Trzymali ją z dziećmi w sypialni, pod lufą, bili kolbą, bo krzyczała. Kiedy wyszła do drugiego pokoju męża już nie było.

- Musieli się pomylić - mówi teraz kobieta. - My nie mieliśmy żadnej kasety.

Potem chodziła do wszystkich instancji. Pytała o męża, ale wszędzie zbywano ją wzruszeniem ramion. Po każdej interwencji wpadali do domu robić rewizję, zrywali podłogę, straszyli, przekopywali ogród. Wreszcie, któryś z prokuratorów powiedział, że to pewnie FSB. Bardzo nie lubią, jak ktoś uwiecznia ich pracę. Ale czasem, szkoleniowo, sami kręcą filmy.

Po naszej wizycie do jej domu przyszli ze służb. Cały kwartał otoczyli wojskiem i zaczęli pytać: a co wy tu dziennikarzy przyjmujecie? Któryś z sąsiadów doniósł. Kobieta nie czekała na ciąg dalszy. Uciekła razem z córeczkami. Ukrywa się gdzieś na Kaukazie. Zapamiętałem jej ostatnie słowa: - My tu żyjemy jak w wielkiej więziennej zonie, otoczeni strukturami, których nazw nawet nie znamy.

Obóz skautów "Chankalenok"

Dziewczyna z Groznego ociera z łez piękną twarz. Jest w tym trochę komizmu, bo ociera i nos, z którego spływają łzy. Patrzy w ekran. A tam pojawiają się napisy końcowe: obóz skautów "Chankalenok" - nazwa pochodzi od Chankały, przedmieścia Groznego, gdzie stacjonują główne siły rosyjskie. Niebezpiecznie sobie kpić z Chankały. Pani wójt jednej z czeczeńskich osad powiedziała, że główne ognisko terroryzmu mieści się w Chankale i wkrótce potem zabili ją "nieznani sprawcy w rosyjskich mundurach".

Ale ci, którzy robili ten film mogą się czuć bezpieczni.

- To kręcił operator wojskowy - mówią mi Czeczeni. - Wedle zasady: to oni robią nam, a tak my odpłacamy im.

Film składa się z dwóch, podle zmontowanych części. W pierwszej pokazane są płonące rosyjskie czołgi, zabici żołnierze armii federacji, dobijanie rannych jeńców przez partyzantów. Potem druga część: zaczystka i jej żniwo. Najpierw rozstrzeliwują jakiegoś człowieka. Potem pokazana jest gromada ludzi, jakby jeńców (powiedziano mi, że tylko jeden z nich był bojownikiem), a jeszcze potem trupy, chyba tych pochwyconych. Potwornie zmasakrowane twarze, oczy wypływające z oczodołów, wyłamane, porąbane kończyny. Widać czyjeś nogi: spodnie od munduru i białe, sportowe buty. Kopią głowę trupa, żeby pokazać, że kark jest złamany.

Dziewczyna wzdycha i mówi: - Szukałam znajomych, bo rodzina przeżyła. Ale tych twarzy nie jestem w stanie rozpoznać, są tak zmasakrowane.

A ja myślę o tych kobietach, których bliskich porwano: z domu, ulicy, podczas obławy. Wiele z nich jeszcze się łudzi, że ich mężczyźni wrócą. I myślę też o losie tych kobiet, które zniknęły bez śladu.

Królestwo niebieskie

Wyprawa do Biesłanu przebiega pod znakiem pośpiechu. Najpierw trzeba przejechać granicę między Inguszetią a Osetią. Z obu stron posterunki. Podjeżdża się do rogatki, wysiada z wozu, po sprawdzeniu przechodzi piechotą na stronę osetyńską, gdzie już czeka kolejny samochód. Żaden Ingusz nie pojedzie do Osetii, a Osetyniec do Inguszetii. Po rozmowie w "Uczkomie", zrzeszającym rodziny ofiar zamachu, oglądamy szkołę nr 1. A właściwie to tylko jej częściowo wypaloną ruinę. W sali gimnastycznej, tam gdzie zginęły dzieci, leżą kwiaty i stoją butelki z wodą mineralną. Wyżej, w klasie w której rozstrzeliwano mężczyzn, stoją butelki z wódką i częściowo wypalone papierosy. Na ścianach napisy: "królestwo niebieskie", "terroryści suki", imiona tych, którzy zginęli oraz tych, którzy przeżyli, kondolencje. Kierowca, chociaż płatny od godziny, pili, żeby już jechać. Służby nie lubią, jak ktoś się kręci z kamerą po ich terenie. Podjeżdżamy pod dom obok szkoły. Nie wiem dlaczego, ale czuję, że czegoś tu brakuje. Na pierwszym piętrze mieszka matka czternastolatka, który zginął podczas zamachu. Wspomina, jak mu prasowała koszule, jak szybko wybiegł - nie zdążył nawet wypić herbaty. Płacze. Pokazuje przez okno na ruinę szkoły: - Jak tu żyć z tym przed oczami. - I dodaje - tyle tu było dzieci, krzyk, rwetes, a teraz tak cicho.

Zaczęło do mnie docierać, czego brak w tym obrazie. Dźwięku. Jakby osiedle było wymarłe. W pełni zrozumiałem tę ciszę na nowym biesłańskim cmentarzu: na płaskim polu, wśród równych szeregów świeżych mogił.

Radosław Januszewski

http://www.sws.org.pl/hajdu.htm
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

środa, 22 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  40 339  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione blogi

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 40339

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Pytamy.pl