Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 230 345 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

dziennik czeczeńskiego szahida

środa, 07 czerwca 2006 8:15

31 maja 2006

W 1996 roku mój starszy brat Rusłan poległ śmiercią szahida. W czasie szturmu na Bamut był w grupie Dżamaat. Od tego czasu ja też jestem w tej grupie. W 1999 roku z naszą grupą poszliśmy pomagać w Dagestanie, w Botlichu. Zdobyliśmy Botlich, a później Gamijach. Po pięciu dniach wróciliśmy do Czeczenii. Pierwsza pozycja – Czerwlonnaja. Po boju w Czerwlonnej jeden z nas stał się szahidem, miał na imię Musa. Druga pozycja – Grzbiet Terski. Stąd, żeby nie dostać się w okrążenie, odeszliśmy na skraj wsi Centoroj. Tam strzelał do mnie snajper, ale Najwyższy pomógł mi zachować życie. Żal, że Musie się nie udało. Snajper go zastrzelił.

20 grudnia 1999. Miasto Dżochar. Zajmujemy pozycje na przedmieściach. Widzę teraz płonący rosyjski Ural i BMP. Widzę mudżahedina, który pełznie do ciała rosyjskiego żołnierza leżącego obok Urala, żeby wziąć trofea. Już jest z powrotem.

30 grudnia. Wymiana ognia. Nasz snajper położył dwóch żołnierzy, przebiegali drogą. Codziennie rano wychodzę na ulicę i widzę zmiany: już nie ma ani jednej całej ściany, ani jednego całego pokoju. Tylko ruiny. Rosjanie chcą nas wykurzyć z tego domu, bo nie dajemy im spokoju.

1 stycznia 2000. W noc noworoczną strzelanina trwa do rana. Nasz celowniczy granatnika stał się szahidem. Chciał trafić w BTR-a, wybiegł na ulicę ostrzeliwaną ze wszystkich stron. Nie zdążył. Dostał się w ogień karabinów maszynowych, upadł. Ledwo zdążyliśmy go zabrać z ulicy. Po sześciu dniach przyszła zmiana.

2 stycznia. Nasze grupy zajęły Argun, Mesker-Jurt, Ałchan-Jurt i Ałchankałę. Potem wszyscy w składzie mobilnej grupy przenieśliśmy się do fabryki konserw. Szykujemy okopy. Ledwo zdążyliśmy się rozlokować, a tu dwadzieścia metrów przed nami pojawiła się piechota. Z początku myśleliśmy, że to nasi, dlatego że mieli granatniki. Ale kiedy zauważyliśmy na plecach jednego żołnierza radio, zrozumieliśmy: to Rosjanie. Jeden z naszych wystrzelił w ich kierunku. I zaczęło się! Celowali prosto w nasze okopy. Wyszedłem, żeby ukryć się w budynku, ale cofnąłem się, wokół świstały kule. Odczekałem minutę i próbowałem podbiec do budynku, z drugiej strony. Jednak oni znowu otworzyli ogień. Przede mną zaczęły padać pociski. W okopie zostało dwóch naszych – Ahmed i Musa. Poprosili żebym ich osłaniał. Wszedłem do budynku z Asłanem, zająłem dobrą pozycję. Trzydzieści metrów ode mnie pojawił się rosyjski żołnierz. Wystrzeliłem serię, upadł. Pozostali żołnierze pochowali się za stertami gruzu. Musa i Ahmed przybiegli do domu. Udało się! I nagle, z tyłu usłyszeliśmy huk czołgu. Wystrzelił do nas dwa razy. Więcej nie zdążył. Nasi w z drugiego piętra sąsiedniego budynku w drobiazgi spalili czołg ogniem z granatników. Zostały tylko koła. Żołnierze idący za czołgiem też zostali zabici. Potem Rosjanie w dymnej zasłonie próbowali wynieść swoje trupy. Otworzyliśmy gęsty ogień. Kiedy dym zrzedł, okazało się, że trupów jest jeszcze więcej. Tego dnia trafiliśmy jeszcze BMP. Kilka metrów ode mnie rozerwał się pocisk. Odłamki wbiły mi się w oko i rękę. Walczyliśmy przez sześć dni. Potem przyszła zmiana i przenieśliśmy się na inne osiedle.

27 stycznia. Zajęliśmy szkołę na osiedlu Kalinina. Nasi bojownicy na czele z Beszirem wtargnęli do budynku zabijając kilku żołnierzy, po czym odeszli. Pięciu naszych stało się szahidami. Był wśród nich Amir Ismaił – zastępca Chattaba. Obrzucili go limonkami – odłamki urwały mu obie nogi i rękę. Lecz Amir, brocząc krwią, wciąż wydawał komendy. Amir Ismaił został ranny pierwszy, spośród tych, którzy weszli do szkoły, a został ostatnim szahidem spośród pięciu. Pojmaliśmy trzech żołnierzy, którzy do nas strzelali. Dwóch zabiliśmy, jednego zostawiliśmy przy życiu, dlatego że sam się poddał. Miał z 18-19 lat. Dzisiaj Szamil Basajew wydał zarządzenie, abyśmy nosili maskujące płaszcze.

28 stycznia. Nocą nam powiedzieli, że wychodzimy z miasta. Szybko wyruszyliśmy i jeszcze tego dnia dotarliśmy do fabryki Anisimowa.

29 stycznia. Szliśmy na Ałchankałę przez pole minowe. Szamil Basajew, Lecza Dudajew, Hunkar-pasza Israpiłow, ,,Maleńkij” Asłambek (Ismaiłow, wojskowy komendant Groznego) i Abdul Malik Meżidow szli na czele kolumny. Wpadliśmy w zasadzkę. Zdarzyło się to na moście nad Sunżą. Z obu stron ostrzeliwały nas BMP, granatniki AGS i karabiny. Wpadaliśmy na miny. Wielu naszym urwało nogi. Jeden upadł prosto na minę i rozerwało mu pierś. Tylko z pomocą Najwyższego Allaha udało nam się pokonać most. Ale za mostem ponieśliśmy ogromne straty. Szamilowi Basajewowi urwało stopę. Abdul Malik też odniósł ciężkie rany. Lecza Dudajew, Asłambek Ismaiłow i Hunkar-pasza Israpiłow polegli. I jeszcze sześciu innych szahidów. W nocy, mokrzy i zmęczeni, doszliśmy do Jermołowki (Ałchankały) i przenocowaliśmy tutaj.

30 stycznia. Przed świtem wyruszyliśmy z Ałchankały do Zakan-Jurtu. Tam nas też ostrzelali z BMP. Jeden został szahidem, wielu zostało ranionych odłamkami. Rannych wieziemy saniami.

1 lutego. Z nastaniem mroku wyruszyliśmy na Szaami-Jurt. W lesie nas zauważyli i ostrzelali z Grada. Kilku ludzi stało się szahidami. Przeszliśmy przez rzekę (woda była bardzo zimna) i weszliśmy do Szaami-Jurtu. Tutaj też nas ostrzelali. Czterech naszych zostało szahidami.

2 lutego. W naszym oddziale zostało 45 ludzi. Nocą z Szaami-Jurtu z grupą szturmową, ruszyliśmy naprzód, żeby przerwać okrążenie. Ale nie natknęliśmy się na Rosjan. Do Katyr-Jurtu weszliśmy o 4 rano. Tam ostrzelaliśmy Urala z rosyjskimi żołnierzami. Nikt więcej nie stanął na naszej drodze. Potem przez cały dzień Katyr-Jurt bombardowali i ostrzeliwali z różnych rodzajów broni. Kazali nam przeczekać do zmroku, a potem iść do Szałażi. We wszystkich wsiach po drodze mieszkańcy witali nas z radością. Karmili i pozwalali się ogrzać. Nigdy im tego nie zapomnimy!!

3 lutego. W Katyr-Jurcie. Walczymy. Dwóch stało się szahidami, dwóch zostało rannych, jednego pojmali Rosjanie. Wśród Rosjan wielu zabitych, mamy jednego zakładnika. Pod wieczór Rosjanie znów zaczęli ostrzeliwać wieś ze wszystkich rodzajów broni. Domy w gruzach. Katyr-Jurt płonie.

4 lutego. Walki w Katyr-Jurcie trwają.

5 lutego. Idziemy dalej, na Waleryk. Nocą wchodzimy, ostrzeliwują nas Grady. Są ranni.

6 lutego. Weszliśmy do Gechi-Czu. Mieszkańcy witają nas z radością. Zarżnęli dla nas krow...

(Na tym dziennik czeczeńskiego Szahida, Arsana Abubakarowa, urywa się).

Źródło: Chechenews
http://czeczenia.blog.onet.pl

łum. Lamara


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Ballada o Dżihadzie

czwartek, 02 marca 2006 7:46

Jam hardy niepokonany kaukaski mudżahedin
Z nieśmiertelnym swym zastępem mknę
We władanie wziąć edenu wieczne ogrody
Przedśmiertnym okrzykiem w czartach sieję grozę
Zgiń imperium! Jam na Dżihad wyruszył!
Dusi się kraj ojczysty w twym cuchnącym oddechu
Śmierć tylko siejesz w tutaj zgotowanym piekle
Ja kres położę krwawej twej tyranii
Zgiń imperium! Jam na Dżihad wyruszył!
Chore jesteś imperium porażone debilizmem
Ojczyznę mą rozstrzeliwujesz na oślep
Nie uratuje cię ni imidż ni charyzma
Zgiń imperium! Jam na Dżihad wyruszył!
Uciskasz mój naród ręka w rękę ze zdrajcami
Niestraszny ci Gil Robles ni lord Djad
Tylko z moich rąk poniesiesz zasłużoną karę
Zgiń imperium! Jam na Dżihad wyruszył!
Swe zwycięskie trofeum potomkom dam w darze
Kalifat im pozostawię drogocenny skarb
Spakuj teraz swe potworne grzechy w worki bezdenne
Zgiń imperium! Jam na Dżihad wyruszył!
Ja już na pamięć znam czym mudżahedina dola
To najcenniejsza z Bożych nagród
Rozkaz ten dyktuje me serce i moja wola
Zgiń imperium! Jam na Dżihad wyruszył!
Muszę wydrzeć w końcu z twoich szpon narody
Ich nieszczęścia sprawią że rozpad twój jest bliski
Ja – mudżahedin mówię do ciebie w imieniu Wolności
Zgiń imperium! Jam na Dżihad wyruszył!


(Bilal Ałkanow, 2003)
Tłum. Lamara

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Legenda

środa, 22 lutego 2006 14:15
Dawno, dawno temu w zamierzchłych czasach, Bóg postanowił stworzyć wszechświat. Zasiedlił Ziemię ludźmi, zwierzętami i innymi stworzeniami. Dał im wskazówki jak mają żyć: "Przestrzegajcie moich przykazań. Żyjcie w pokoju i zgodzie!".

Bóg tak bardzo kochał swoje dzieci, że podarował im raj. I wówczas świat stał się piękny, na Ziemi rozkwitało szczęście, ludzie obdarzali się szacunkiem, przyjaźnią i miłością. Ale nic nie może trwać wiecznie... Po wielu, wielu latach wszyscy zapomnieli o Bożych wskazówkach. Ludzie zaczęli się zabijać, duże i silne zwierzęta pożerały małe i słabe. Wszyscy bez wyjątku, chcąc zaspokoić swoją próżność i pychę usiłowali stać się władcami Ziemi. Jedynie skromna Wilczyca nie uległa niecnym pragnieniom. Ostrzegała, że Bóg stworzył wszystkich równymi, że złe uczynki naruszają jego przykazania, że Bóg skieruje na Ziemię swój gniew i wszystkich ukarze. Nikt jednak nie chciał słuchać przestróg Wilczycy...

Gdy Bóg dojrzał, że w raju, który podarował ludziom zapanowała przemoc, panoszył się brud i błoto, wysłał na Ziemię swoich Aniołów aby przywołały ludzi do rozsądku. Ludzie nie posłuchali dobrych rad Aniołów.

Zagniewany nieposłuszeństwem Bóg postanowił zniszczyć wszystko co żyje na Ziemi, sprawił że jej powierzchnia stała się gładka jak rzeczny kamień. I spadła na Ziemię wielka klęska. Słońce przybrało barwę krwawoczerwoną, a ludzi ogarnęło przerażenie. Z nieba sypał się żółty piasek dławiąc wszystkie stworzenia. Łoskoty grzmotów sprawiły, że ogłuchły. Skrzenie błyskawic oślepiało wzrok. Silnie zatrzęsła się ziemia, wprawiając w dreszcz przerażenia nawet najodważniejszych. Runęły góry. Spadające skały grzebały żywych. Lodowaty wicher wyrywał drzewa z korzeniami, zbijał z nóg i unosił het. Zwierzęta szukając ratunku miotały się w panice. Jedynie Wilczyca zachowała spokój. Spoglądając na wielkie nieszczęście, troskliwie osłaniała swoje wilczęta.

Bóg dostrzegł w końcu nie poddającą się jego woli Wilczycę i tym silniejszy skierował na nią gniew. Dmący wichura sprawiła, że wilcza skóra zaczęła pękać i odpadać, lecz Wilczyca nadal nie poddawała się. Wicher rozrywał jej ciało, lecz ona wytrwała. A ludzie, którzy uroili sobie, że są władcami Ziemi, tchórzliwie skryli się za Wilczycą próbując ratować swe grzeszne dusze.

W obliczu gniewu Boga Wilczyca opadała z sił. Pogodzona z losem zdawała sobie sprawę, że czeka ją już tylko śmierć. Jej spokój i odwaga zdumiały i zaimponowały Bogu. Powstrzymał szalejące żywioły i rzekł: "Zobaczyłem na tej grzesznej Ziemi jedyne zacne stworzenie, dzięki któremu darowuję wam życie. Nie wybaczam wam jednak!". I Bóg odwrócił się od Ziemi.

Na Ziemi znów zapanowała zgoda i spokój. Wszyscy cieszyli się z nowo odzyskanego życia. Wilczyca wylizała się z ran i z dumą ogłosiła: "Gdybym to wiedziała, żem taka silna, trzymałabym Ziemię pod łapą, aby panował tu zawsze pokój". Ludzie usłyszawszy co rzekła Wilczyca, przerazili się niebywale. Nie byli w stanie opanować strachu i hańby. Zamiast okazać wdzięczność Wilczycy i modlić się do Boga o wybaczenie grzechów, zapałali gwałtowną nienawiścią do Wilczycy i ją zabili.

Od tamtych czasów ludzie tępią i zabijają wilki, pragnąc w ten sposób zatrzeć pamięć o swojej winie wobec Boga. Wilki od tamtej pory wyją żałośnie spoglądając na niebo i wzywając Boga do powrotu, przebaczenia naszych grzechów i przywrócenia sprawiedliwości na Ziemi.

Dla narodu czeczeńskiego Wilczyca, która ocaliła świat, jest symbolem odwagi i niezłomności, uosobieniem wolności i życia na Ziemi.

Tłum. Lamara
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

bajka

środa, 22 lutego 2006 14:15
Z Czeczenii...
Pewnego razu spotkał chłop na swojej drodze żmiję. Już chciał ją zabić gdy ta przemówiła ludzkim głosem: - Jeśli darujesz mi życie, wynagrodzę ci to. Sprawię, że będziesz rozumiał wszystkie zwierzęta i ptaki na ziemi.
- Dobrze - odparł chłop i wypuścił żmiję. - Ale pamiętaj, nie wolno ci o tym nikomu mówić. Jeśli powiesz, umrzesz - powiedziała żmija. Następnego dnia poszedł chłop z żoną kosić siano. Po pracy usiadł żeby odpocząć. Zapatrzył się na wróbelki, które zbierały ziarna i usłyszał jak jeden mówi do drugiego:
- Dlaczego przebierasz ziarna, a nie zbierasz wszystkich? Przecież nie możesz myśleć tylko o dniu dzisiejszym, ale musisz również o jutrzejszym.
Usłyszawszy to chłop roześmiał się. Zauważyła to żona i pyta: - Co się takiego stało, że się śmiejesz? - nalega, żeby jej powiedział. W końcu chłop ustąpił i obiecał, że powie jej o świcie. Żona, zadowolona, wróciła do domu i zasnęła. Chłop położył się przy otwartym oknie, ale nie mógł zasnąć. Nad ranem usłyszał rozmowę dwóch kogutów; swojego i sąsiada. - Dlaczego dziś nie piejesz ? Dotychczas robiłeś to zawsze pierwszy?- pyta kogut sąsiadów. - Dziś o świcie mój gospodarz ma wyjawić swojej żonie tajemnicę. A jeśli to zrobi umrze. Pomyślałem, że im później zapieje, tym dłużej mój gospodarz będzie żył.
- Posłuchaj - mówi na to kogut sąsiadów - Mam pod sobą pięćdziesiąt kur i wszystkie są mi posłuszne. Jeśli twój gospodarz nie może poradzić sobie z jedną żoną to jaki z niego chłop? Niech już lepiej umrze. Nie ma go co żałować.
Usłyszawszy to chłop nic nie powiedział swojej żonie i żył jeszcze wiele, wiele lat.
Podziel się
oceń
1
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Król i pastuszek

środa, 22 lutego 2006 14:11
Timur Mucurajew


Wygasło ognisko i gwiazdy mrugają,
przed nami znów droga, co wije się w dal.
I ludzie odchodzą i lata mijają,
a o tym, co było, pamięć wciąż trwa.

Żył w stronach dalekich, wśród gór żył wysokich,
pastuszek, co dar wielki miał:
świat cały w zachwycie aż oddech wstrzymywał,
gdy on na fujarce swej grał.

Wiatr w górach zamierał i woda w strumieniach,
gotowe po wieczność w bezruchu tym trwać.
I niemal z muzyka się stał czarodziejem...
Aż wreszcie dla króla raz przyszło mu grać.

Grał długo, płynęła muzyka po niebie,
wzruszone żurawie myliły swój szyk -
płakały, słuchając melodii tak rzewnej,
królowi też z oczu puściły się łzy.

- O cudny pastuszku, zamieszkasz w mym zamku,
od świtu do zmierzchu tam będziesz mi grał!
Żyć będziesz jak w bajce, w bogactwie, w dostatku,
i zmartwień już żadnych nie będziesz ty znał.

- O dobry mój królu, za troskę dziękuję,
lecz wolność to przecież najdroższy mój skarb...
Ja kocham swe góry, i drzewa, i gwiazdy,
Nie przeżyłbym bez nich ni dnia.

Tu król się rozzłościł: Jak śmiesz ty pastuchu?!
Jam władca potężny, a ty marny proch!
Hej, brać go natychmiast i zakuć w łańcuchy!
Nie chciałeś pałacu, więc czeka cię loch!

A rankiem, o świcie, królowi donieśli,
Że umarł pastuszek z tęsknoty i trosk.
Więc pogrzeb po cichu zrobili mu w lesie
i kwiaty na grobie położył mu ktoś.

Wygasło ognisko i gwiazdy mrugają,
przed nami znów droga, co wije się w dal.
I ludzie odchodzą i lata mijają,
a o tym, co było, pamięć wciąż trwa.

O stary mój królu, przeżyłeś niemało,
A pojąć nie mogłeś tej najstarszej z prawd:
Że ptak pięknie śpiewa, gdy czuje się wolny,
Lecz głosu nie wyda zza krat.
[Tłum.P. Bogusz]
Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

wtorek, 28 lutego 2017

Licznik odwiedzin:  37 089  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728     

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione blogi

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 37089

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Pytamy.pl